sobota, 4 stycznia 2014

Prysznic

Jeszcze z miesiąc temu, w tej samej wannie
stałem bez majtek i kołysałem się
na falach ciepła
wody, z nad głowy
i myślałem, że kochać kogoś
komu nie podoba się
zachód słońca w górach
i pomarańcz ręcznika
to przejebane
zamknąłem oczy i wysunąłem stopę
i ruszałem biodrem
i całym ciałem
i nie podobało mi się to wszystko

Dzisiaj
wziąłem pół cytryny
wylałem ją sobie na głowę
i spytałem siostry czy ładnie pachnę
"ja nic nie czuję"
a ja jestem zdrowszy niż kiedykolwiek
zmyłem cytrusa z włosów miękkich
jak nigdy
poczułem, że boję się starości i śmiertelności

czwartek, 28 listopada 2013

neque abest suspicio

Znowu zaspałem, co z tym telefonem? Czarny ekran, odzwyczaiłem się już od ładowania go. Tylko raz na jakiś czas pokazuje mi jakiś bliski numer. Co gorsza, niektórzy przedsiębiorcy nauczyli się imitować bliskie numery: rozsuwam klapkę „Halo, halo”, cisza, „haaalo, halo dzieńdobry”, coraz bardziej żartobliwym tonem zaczynam pokrywać swoje zakłopotanie, na wypadek, gdyby to moja słuchawka była winna. Dopiero niedawno zorientowałem się, że państwo z telemarketingu znaleźli w międzyczasie podatniejszy grunt.

Są smsy, bardzo krótkie, nie tak jak moje – bardzo długie. Nie wiem co gorsze. Najczęściej, że coś z zajęć, w końcu jestem teraz pilnym uczniem, ludzie czegoś ode mnie chcą. Mnie jednak nie chcą. To nie jest roszczenie, ja nic od nich nie chcę, za to miło jak ode mnie chcą. Ich nawet chcieć nie powinienem – za daleko, dużo za daleko, to jasne. Myślę tylko, czy jak mówię, że tęsknie za Tobą to tęsknię za człowiekiem i wiem, że tylko Ty jesteś teraz dla mnie człowiekiem. Dzisiaj pomyślałem, że Ty jesteś do kochania. To był taki błysk, oświecenie. Wszystko stało się jasne. Ale chwila: Ja mam kochać czy być kochanym? ¬¬O Ciebie nie pytam, o Tobie nie piszę. [B-B-B-B-B]

Piszę, bo piszę. W końcu, na to czekałem. Dobrze czy źle? Raczej źle, ile można pisać o pisaniu. Mimo to powtarzam: dobrze, że piszę. Dobrze, bo jeszcze miesiąc temu byłem nieprzystępnym abnegatem. Dobrze, bo niedawno byłem jednym z idoli, pijanym. Dobrze, bo ostatnio byłem dosyć modny, dziewczyny się za mną oglądały. Dzisiaj jestem zmęczonym nazistą z krostami. Zyglew, zawsze jak ciebie widzę masz inną fryzurę! No w końcu się staram! Szokować się staram | masa notatek po zeszytach, zdań na przekór tak dalece, że nikomu nie chce się już nawet o nie spierać. Boję się czy chcę być wykluczony? Dobrze, och, jak dobrze, roztopić się w sobie!



piątek, 13 września 2013

Przepraszam

Przepraszam, że tak dużo czasu minęło zanim pojawiła się u mnie choćby iskierka samoświadomości. Niby tak jest zawsze, ale tym bardziej boli, że właśnie powtarzalność powinna być kluczem do unikania kolejnych błędów. KŁAMIESZ, KŁAMIESZ, TY CIĄGLE KŁAMIESZ. Tak kiedyś komuś powiedziałem, a słowa nie wybaczają. Czy naprawdę tylko obojętność nie będzie się mściła? A może to właśnie kosmiczna równowaga racji i braku racji. Ciągłości tak bardzo pragnąłem niejednokrotnie, a teraz z radością oderwałbym się od wszystkiego co robię, od wszystkiego, co nieuchronnie skieruje się przeciwko mnie. Przeraża świadomość, że naprawdę niedługo ta paskudna publiczna spowiedź przestanie wystarczać. Odraża mnie fakt, że oczyszczenie mogłoby przyjść tylko z treściami, które zabiorę ze sobą do grobu. Cierpienie stopniowo, ale nieodwracalnie przeradza się w nieustający strach. A to on każe mi walczyć na łokcie ze światem. A potem łokciem w brzuch, łokciem w oko dostaję. Gong, chwila wytchnienia z tytułu sentymentów, które ludzie dużo piękniejsi ode mnie z niejasnych przyczyn do mnie odczuwają, a może tylko chcieliby odczuwać i dlatego się oszukują. No i pusto jest. Bez konsekwencji, bez jakichkolwiek podniet, wszystko w sferze deklaracji. Szeroki uśmiech na ustach i napawanie się status quo. Ciągle knuję, od drobnych przeinaczeń się zaczyna, za dużo mówię. Przepraszam, przepraszam w noc przed. Noc-przed tak straszną, jak i cenną. Cieszę się, że tak trudno będzie mi Cię ciągnąć na dno na odległość.

niedziela, 8 września 2013

Płynie płynie

Przedtem:
Już przed powiedzeniem pierwszego słowa boję się tego fantastycznego, pawiego wręcz, ogona metafizycznych konsekwencji wszystkiego co padnie. Taka moja pokrętna religijność, bo o ile chyba w miarę obczajam już co można robić ludziom, a co nie za bardzo, to myśleć sobie, a co gorsza mówić to - ciągle się boję. Ale wybór jest prosty, mimo że podwójnie zły. Kto ma mówić jeśli nie ja. Osiągnąłem ideał szczęścia w obrębie tych wszystkich pożądań i wzorców, pośród których żyję,  a potrzebowałem ponad siedmiu tysięcy kilometrów, żeby móc sobie bezkarnie wobec moich wszystkich lokalnych szczęść to powiedzieć. Teraz mogę tylko brnąć w szczęście dalej albo ustawiać zasady szczęścia od nowa. A to drugie zupełnie się nie opłaca, tak duże szanse, że to nie wypali. Jeden kompromis, jeden wybór: tak długo tego szczęścia budować pomniki, żeby potem nie było szkoda, kiedy przyjdzie mój moment na zmiany. Nic się nie stanie, jeśli pójdę przez to na dno, nie jestem jedynym szczęśliwcem, zaskakująco nas wiele, globalna suma się nie zmieni, zawsze ktoś się znajdzie na moje miejsce.

T:
Tak bardzo mi było dzisiaj smutno, akurat na koniec lata. Z wielką pompą się zaczęło, by stopniowo wyssać moje siły. Tak bardzo było smutno, że po linie wciągał mnie symfoniczny metal puszczany gdzieś z parteru, zapach pizzy i w końcu światło zza bloków. Pochodziłem sobie tam i z powrotem i ze mnie zeszło, dobrze, że mój iPod ukrył się gdzieś w czeluściach pokoju. Przykro na myśl o tym wakacyjnym obijaniu się o ludzi, nic nie zapamiętałem, przeleciało, nic dużego. Zatopione, spóźniłem się, ale jest plan gry. No i smutek, tydzień do zmian, tak dużych zmian. Ale z dna najlepiej się na przyszłość knuje.

Poradnik przyszłego pisania:
  1. Medytacja - nic dużego, żeby trochę czasu mieć dla siebie. Bez muzyki, 3 godziny w tygodniu. Bieganko albo basen wydają się ekstra.
  2. Nie zwracać uwagi na detale, kto chciał, ten widział jak bardzo mi to nie wychodzi.
  3. Dość radochy z powierzchni, spróbowałem, jestem zjebany. Pewnie nie ja jeden, a nawet jeśli to nie przecież nie chcę być zjebanym. Patos zajebiście, emocje zajebiście, rozbuchane zajebiście. Bardzo mi duszno. Poza tym jeju tak długo już to trwa, pływy się chyba jakoś odwrócą.
  4. Ustawiam sobie cele, dużo zmieniam, to będzie konflikt. Znowu jestem na przegranej pozycji, a zatem na najlepszej pozycji.
  5. Unikać deklaracji pisanych, słowne często i gęsto.
I znowu zostało wszystko na czym mi nie zależało, to chyba znaczy, że uwikłałem się w ludzi trochę za bardzo, albo na niczym mi nie zależy, albo pora zacząć robić plany. Straszne gówno, nie da się uchwycić.

sobota, 10 sierpnia 2013

podróż3

Z 4 tanich długopisów ostał mi się tylko jeden. Reszta wylała, więc najwyższa pora brać się do rzeczy. Będzie o nawykach tytoniowych w Rosji, a właściwie to moich nawykach tytoniowych, tyle że w Rosji.
Dostałem jego adres email sporo wcześniej, ale zlałem temat. Organizowanie za dwie osoby to już sporo roboty, po co trzecia. Podróż zweryfikowała moje przypuszczenia - bez większych ekscesów dotarliśmy na miejsce. Pierwsza noc w akademiku utwierdziła pociągowe przekonania - tu się nie sypia wygodnie. Dotarliśmy w okolicach 4:30: zimny prysznic, długo Bader, ćwiczenia fizyczne i w końcu Bader do końca dopiero pozwoliły mi usnąć. Tu się nie będzie spać, łóżka tylko będą potwierdzały oczywiste: czy ze skrajnie sztywnej drewnianej dechy, czy z przesadnie rozciągniętych sprężyn zgodnie będą jakby przekrzykiwać to konieczne minimum snu: przyjechałeś tu żyć, nie umierać (choć mogło ci się wydawać na odwrót). Istotę snu jednak uchwyci dopiero kto inny. Nieśmiałym głosem, ze swoim zajebiście śmiesznym i uroczym niemieckim akcentem powie, że jemu ocien' nrawitsja spat' na plaży. Krótkie zdanie, sporo śmiechu. Nie mojego, ale to nieważne. Oto istota gier językowych: nie próbować powiedzieć więcej niż się potrafi, zgrabnie napierać na swoje granice. On to załapał.
On zmaterializował się, gdy w drodze nad jezioro zrobiliśmy przystanek, żeby kupić Silvio papierosy. Prosił o 3 paczki. Węsząc podstęp i sobie wziąłem dwie na zapas. Jak się później okaże - najzupełniej słusznie. Obkupieni w papierosy wróciliśmy do babskiego autka, które, hren jewo znajet paczemu, pomimo prawostronnego ruchu, kierownicę miało po prawej stronie. Mijając coraz rzadsze zabudowania resztę drogi spędziliśmy na koślawych z mojej strony próbach rozmawiania po rosyjsku i koślawych z ich, Maszy i Loli, strony próbach rozmawiania po angielsku.
W obozie oddano nas, mnie i P, w ręce D, który zobowiązał się oprowadzić nowych po miejscu, gdzie przyjdzie im spędzić dziesięć najbliższych dni. Około dwudziestu domków ustawionych w rzędzie, w domkach dzieciaki pełne groźnych spojrzeń, przed domkami jacyś frajerzy w koszulkach 'szkoła liderstwa'. Koszulki, rzecz jasna, po rosyjsu. Patrzcie, umiem cyrylicę. Obejrzeliśmy krany, kible obejrzeliśmy. Pierwsza skucha: to klasyczna latryna. Żeby zamaskować, jasno wypisane na mojej twarzy zmieszanie, skłamałem, że byłem harcerzem i to dla mnie normalka. D się uśmiał, do dziś nie wiem czemu. Luźny strzał: scout to dla niego dziewczynka z ciastkami, dlatego chichotał parafrazując mnie: "so you were a boy scout?".
Potem się jakoś rozmyło, w końcu wyprosiłem swoją drogę na szluga. Silvio Ci pokaże. Zrobił to ochoczo, ale jak się okazało, gówno wiedział na temat tego, gdzie palić można, a gdzie nie. Już przy drugiej fajce nakrzyczał na nas dziesięcioletni dzieciak. Zanim zorientowaliśmy się, że mówi do nas nielzja suda kurit', zgasiliśmy papieroski, bo w końcu nielzja przy dziecku kurit'. Ale zaprowadził nas pod samą bramę, gdzie czekały 3 łaeczki, kosze na śmieci i quasi-miejsce na ognisko, które również pełnić będzie rolę kosza. Nieopodal stała wiata, tak na 4-6 osób, z której oczywiście korzystaliśmy w razie deszczu, ale tylko intensywnego, nie idzie w końcu w Rosji być leszczem.
Skumaliśmy się bardzo szybko. Na tyle szybko, że nawet nie zdążyłem poczuć momentu, w którym zacząłem go lubić. Może lubiłem go od zawsze. Większość wolnych chwil spędzaliśmy we wspomnianym miejscu, wspólnie niezdarnie próbując odpowiedzieć na pytania spotkanych tam palaczy. Szybko chłonęliśmy nowe zwroty: U was jest zażygalka, pajdiom pakurim, może jeszo odna? Czasem pozwalaliśmy sobie na archaizmy, ot dla odmiany: Dajtie, pażałusta, mahorku! Ale to tylko, gdy nuda doskwierała. Nie co dzień w końcu można zgrywać jakiegoś nieokreślonego łagiernika z zasłyszanej pieśni, który przez cały utwór próbuje zrzucić żelazne kajdany, bo w pośpiechu uciekał i nie ogarnął tego wcześniej.
Kiedy padało to przedostatnie, zawsze była tylko jedna odpowiedź: da, kanieszna. Podobnie jak na pytanie czy mamy papierosa. Zawsze mieliśmy. Byliśmy tam królami papierosów. Jako gościom z zagranicy przysługiwało nam pierwszeństwo w zamówieniach na zakupy z pobliskiej wsi lub odległego miasta, jeśli ktoś już się do niego wybierał. Nieważne czy chodziło o papier toaletowy, którego nigdy nie było w miejscach publicznych, browary, których zawsze brakowało, bo kto nie lubi wypić browara czy właśnie papierosy.
Papierosy zawsze miały pierwszeństwo. Papier dosyć szybko nauczyliśmy się podkradać ze stołówki bądź wypraszać od dzieciaków, które dobrze wiedziały jak jest. A browary? Można się przecież dobrze bawić bez alkoholu. Choć bez nich na pewno dużo mniej żartów z tego jak ktoś rozleje czy radości z chowania ich w naprędce, gdy któreś dziecko, w ramach bezsenności, postanowiło złożyć wizytę w domku opiekunów. To właśnie tam zawsze kończyliśmy: po bani - rosyjskiej saunie, gdzie panie raczej się nudziły, a panowie swe nagie ciała okładali wienikiem z gałązek młodej brzozy. Również po długich partiach debla, a przy dobrych wiatrach - także wariata. Obowiązkowo krzywa siatka i ktoś grający ręką, wcale nie odpadający jako pierwszy. Kończyliśmy tam również po grillu z kiełbaskami i piwem wespół z obozem liderów, skąd uciekaliśmy przedwcześnie, gdy zaczynali śpiewać piosenki, które lubili, a nikt nie znał albo takie, które wszyscy znali, a nikt nie lubił. Niezależnie co kończyliśmy, zawsze kończyliśmy w karty. Najpierw nie śmiało w głupka, by potem rozegrać się w sto adno. Długa to była gra, czasami robiła się nudna, szczególnie gdy ktoś zbyt częśto kończył na damę, nie daj Boże pik, odejmując tym samym 40 punktów ze swojego konta. Ale zawsze dogrywaliśmy partię.
Gdzie się jednak zwykło kończyć, tam też się czasami zaczyna. Tam właśnie ją poznałem. Sprzedałem przydatne info odnośnie podróży koleją transsyberyjską, którą jako jedyny w anglojęzycznym gronie miałem już za sobą. Była to rada na temat tzw. sanitarnych zon. Żeby dodać sobie wiarygodności, wzbogaciłem radę o anegdotę. Szło to mniej więcej tak.
Bo sanitarna zona to taka instytucja w rosyjskiej kolei, że zamykają kible na jakiś czas przed i po wjeździe do miasta. A ja dopiero co wypiłem piwo z żołnierzem.
I tu śmiech współtowarzyszy zniechęcił mnie do opowiadania finale grande historii. Rzeczowo rzuciłem tylko, że dreptałem tak około dwóch i pół godziny, co szybko zostało podchwycone jako stały motyw żartów, gdy którykolwiek z panów opuszczał karciany stolik, by załatwić swoje potrzeby za domkiem. Bo panie chodziły do odległej toalety, ale nie tak znowu często, bo piwa nie piła. Jedna - alergia, druga nie lubi.
Dużo było żartów wokół tego sikania, a co gorsze - narastały, by w kulminacyjnym momencie zaproponować ugaszenie mnie w sposób pionierski, bo za blisko ogniska siedziałem. To był potężny cios, ze dwie godziny chodziłem po lesie rozważając czy oby na pewno nie powinienem był ich o to poprosić. Ale kiedy wróciłem, wszyscy chcieli się już zbierać i właśnie mi zaproponowano zaszczyt pionierskiego gaszenia ogniska. Dawai, ruska tradycja. I wszystko było już w porządku.
Dużo też było żartów o naszym paleniu i od palenia uzależnieniu. Rosjanom jednak szybko się przejadły, w końcu niepalenie jest tam rzadkością, a i każdy z obecnych prawdopodobnie palący epizod w swoim życiu miał. Co innego ona, z kraju w którym ludziom w głowach się przewraca od dobrobytu, a przynajmniej tak mówią ludzie, co niejeden kraj widzieli. Bo w Austrii na stopa ponoć najtrudniej. Rozpłakać się ponoć można, a każdy wie, że autostopowicze raczej miękcy nie są. Podobnie jak ja. Ale wychowana przez młodych rodziców podobnie jak ja, bo do twardzieli przynajmniej ja nie należę. I na tym podobieństw koniec, może tylko zgoda w kwestii sympatii do suszonych kalmarów przełamała niekończące się niezgody. Śmiała się długo z naszego wychodzenia na fajkę w każdej, choć częściowo, dogodnej chwili. Ale długo nigdy nie trwa wiecznie. Palić, nie zaczęła palić, ale kończąc obiadową dyskusję, bo przy obiadach zawsze byliśmy we trójkę najbardziej wytrwali, zapędziła się z nami, za nami do naszego królestwa i wyjść nie mogła z podziwu ile osób w tych okolicznościach poznaliśmy. Zasadniczo powiedziała, że wyjść nie może z przerażenia, ale przecież na jedno wychodzi. Od tamtej pory nie krępowałem się już prosić o pomoc w tłumaczeniu. 5 lat studiów dawało jej solidną przewagę, ale z niemałą satysfakcją pozostałem jedynym łapiącym wulgarne żarty. Chociaż brzydkie słowa pokojowo dzielić możemy ze wschodnimi braćmi.

podróż2

Start, trochę panikuję, ale nie jestem pewien, czy chcę się modlić. Myślę o N. Ciekawe czy ciągle boi się latać. W myślach apostrofuję do Boga, żeby nie stało się nic głupiego, po czym uświadamiam sobie absurd tej prośby. Takie 50-50 na stronę nie-umierania. Życie jest fajne, ale nie mam pojęcia czemu ktoś włożył tyle wysiłku, żebym mógł sobie podróżować nad tysiącami moskiewskich domków poupychanych ciasno między wodami a lasami.
Czytam Badera, już kilkadziesiąt stron. Zupełnie mu nie wierzę. Mam wrażenie, że porobił zdjęcia i powymyślał historie do nich. Ale czytam, bo wciąga.
Niepokój, imiona bliskich dominują myśli, do każdego przyklejone impresje i wspomnienia. Chyba tylko twarz Z potrafię odtworzyć, bo noszę jej zdjęcie w portfelu. Pusta głowa, po co tu się pcham. Z pazerności poprosiłem stewarda o colę, bo na lotnisku kupiłem 1.25L wody za równowartość dwóch paczek fajek (w tym samym sklepie). Pięknie upewnił się piękny steward czy chcę tego, co mu się wydaje, że chcę, po czym dał mi kubek i PUSZKĘ. Po prawej eter, po lewej zachód, pode mną chmury.
Myślę czy przez życie sercowe spoczęła na laurach czy będziemy mieli jeszcze kiedyś o czym pogadać. Myślę czy ja spocząłem na laurach czy napiszę coś, co jest sens czytać. Rozpycham się wygodnie w fotelu, bo na mnie też się rozepchnięto.
"Ale z was bohaterowie książek" powiedziała Z, nożykiem rżnąc karton. Albo piankę, albo tekturę, nie znam się, troszkę mnie to nie obchodzi co nożykiem rżnie, za to konstrukcja wygląda coraz efektowniej. "No co Ty, czemu?" - Pyta T odwrócony do niej plecami, bo wybiera muzykę z kompa. Zerka zaraz po tej kwestii, bez sensu. Bez sensu, bo jest wesoły, dumny i myśli.
Myślę o nas próbujących coś stworzyć. Smaruję chleb dżemikiem-żelikiem. Myślę, że tylko się zgrywami i że gówno z tego wyjdzie. I że naprawdę opowiadanie nie jest bombowe. Czemu? ja tak bardzo to lubię i lubię pogardę do przysłowiowego ruchania lasek na imprezach. Ale tworzenia nie będzie. Zrobię zaraz fotkę kanapkom, żeby się upokorzyć.
Myślę o nas oglądających filmy z youtube'a. Myślę o karierze prawniczej i górze pieniędzy. Myślę o planowaniu wakacyjnych wyjazdów na pół roku przed. Myślę, że nie mogę przestać myśleć. Batonika zostawiłem na później, batonika nie ma na zdjęciu. Batonik będzie symbol triumfu, wespół z papierosem od F. Myślę, że jeśli przestanę myśleć to nic nie będzie dobrze. A mam ostatnio takie zakusy. Takie zakusy, żeby przestać myśleć i być skurwysynem, takim skurwysynem, że nigdy nie mógłbym pomyśleć, że kiedyś będę. Ale jak zawsze. Dostałem szansę, jak zrobię swoje, wszystko będzie dobrze. Wszystko-wszystko. Cel na horyzoncie. Jestem gotów, trzymaj kciuki.
Myślę w końcu o Z, nie wiem czemu tak późno. Myślę, że ona trzyma poziom i dlatego tak bardzo ją kocham.


podróż1

Muszę się w końcu zabrać za digitalizację i usystematyzowanie tych notatek. To strasznie trudne, wkurwię wszystkich-nielicznych kolejnym wykopaliskiem z tomiku "jestem tym, co jem". Złe strasznego początki.

Wieża z jedzenia // lot

Serek - trochę twardy, udaje pleśniowy
Szynka - chyba wędzona, co ja wiem o mięsku
Masło - żeby była kanapka (po rosyjsku)
Chlebek - pieczywo dla kanapki
Chlebek - największa tajemnica kanapki
Serek - ten miękki, znany z kanapek
Chlebek - lądowisko składników
Bułka - w sąsiedztwie oliwki-piłki

Ale zabawnie pani obok ułożyła
i zasnęła.
A potem przynieśli herbatę
obudzili ją, i zjadła
od pierwszego chlebka w górę