sobota, 10 sierpnia 2013

podróż3

Z 4 tanich długopisów ostał mi się tylko jeden. Reszta wylała, więc najwyższa pora brać się do rzeczy. Będzie o nawykach tytoniowych w Rosji, a właściwie to moich nawykach tytoniowych, tyle że w Rosji.
Dostałem jego adres email sporo wcześniej, ale zlałem temat. Organizowanie za dwie osoby to już sporo roboty, po co trzecia. Podróż zweryfikowała moje przypuszczenia - bez większych ekscesów dotarliśmy na miejsce. Pierwsza noc w akademiku utwierdziła pociągowe przekonania - tu się nie sypia wygodnie. Dotarliśmy w okolicach 4:30: zimny prysznic, długo Bader, ćwiczenia fizyczne i w końcu Bader do końca dopiero pozwoliły mi usnąć. Tu się nie będzie spać, łóżka tylko będą potwierdzały oczywiste: czy ze skrajnie sztywnej drewnianej dechy, czy z przesadnie rozciągniętych sprężyn zgodnie będą jakby przekrzykiwać to konieczne minimum snu: przyjechałeś tu żyć, nie umierać (choć mogło ci się wydawać na odwrót). Istotę snu jednak uchwyci dopiero kto inny. Nieśmiałym głosem, ze swoim zajebiście śmiesznym i uroczym niemieckim akcentem powie, że jemu ocien' nrawitsja spat' na plaży. Krótkie zdanie, sporo śmiechu. Nie mojego, ale to nieważne. Oto istota gier językowych: nie próbować powiedzieć więcej niż się potrafi, zgrabnie napierać na swoje granice. On to załapał.
On zmaterializował się, gdy w drodze nad jezioro zrobiliśmy przystanek, żeby kupić Silvio papierosy. Prosił o 3 paczki. Węsząc podstęp i sobie wziąłem dwie na zapas. Jak się później okaże - najzupełniej słusznie. Obkupieni w papierosy wróciliśmy do babskiego autka, które, hren jewo znajet paczemu, pomimo prawostronnego ruchu, kierownicę miało po prawej stronie. Mijając coraz rzadsze zabudowania resztę drogi spędziliśmy na koślawych z mojej strony próbach rozmawiania po rosyjsku i koślawych z ich, Maszy i Loli, strony próbach rozmawiania po angielsku.
W obozie oddano nas, mnie i P, w ręce D, który zobowiązał się oprowadzić nowych po miejscu, gdzie przyjdzie im spędzić dziesięć najbliższych dni. Około dwudziestu domków ustawionych w rzędzie, w domkach dzieciaki pełne groźnych spojrzeń, przed domkami jacyś frajerzy w koszulkach 'szkoła liderstwa'. Koszulki, rzecz jasna, po rosyjsu. Patrzcie, umiem cyrylicę. Obejrzeliśmy krany, kible obejrzeliśmy. Pierwsza skucha: to klasyczna latryna. Żeby zamaskować, jasno wypisane na mojej twarzy zmieszanie, skłamałem, że byłem harcerzem i to dla mnie normalka. D się uśmiał, do dziś nie wiem czemu. Luźny strzał: scout to dla niego dziewczynka z ciastkami, dlatego chichotał parafrazując mnie: "so you were a boy scout?".
Potem się jakoś rozmyło, w końcu wyprosiłem swoją drogę na szluga. Silvio Ci pokaże. Zrobił to ochoczo, ale jak się okazało, gówno wiedział na temat tego, gdzie palić można, a gdzie nie. Już przy drugiej fajce nakrzyczał na nas dziesięcioletni dzieciak. Zanim zorientowaliśmy się, że mówi do nas nielzja suda kurit', zgasiliśmy papieroski, bo w końcu nielzja przy dziecku kurit'. Ale zaprowadził nas pod samą bramę, gdzie czekały 3 łaeczki, kosze na śmieci i quasi-miejsce na ognisko, które również pełnić będzie rolę kosza. Nieopodal stała wiata, tak na 4-6 osób, z której oczywiście korzystaliśmy w razie deszczu, ale tylko intensywnego, nie idzie w końcu w Rosji być leszczem.
Skumaliśmy się bardzo szybko. Na tyle szybko, że nawet nie zdążyłem poczuć momentu, w którym zacząłem go lubić. Może lubiłem go od zawsze. Większość wolnych chwil spędzaliśmy we wspomnianym miejscu, wspólnie niezdarnie próbując odpowiedzieć na pytania spotkanych tam palaczy. Szybko chłonęliśmy nowe zwroty: U was jest zażygalka, pajdiom pakurim, może jeszo odna? Czasem pozwalaliśmy sobie na archaizmy, ot dla odmiany: Dajtie, pażałusta, mahorku! Ale to tylko, gdy nuda doskwierała. Nie co dzień w końcu można zgrywać jakiegoś nieokreślonego łagiernika z zasłyszanej pieśni, który przez cały utwór próbuje zrzucić żelazne kajdany, bo w pośpiechu uciekał i nie ogarnął tego wcześniej.
Kiedy padało to przedostatnie, zawsze była tylko jedna odpowiedź: da, kanieszna. Podobnie jak na pytanie czy mamy papierosa. Zawsze mieliśmy. Byliśmy tam królami papierosów. Jako gościom z zagranicy przysługiwało nam pierwszeństwo w zamówieniach na zakupy z pobliskiej wsi lub odległego miasta, jeśli ktoś już się do niego wybierał. Nieważne czy chodziło o papier toaletowy, którego nigdy nie było w miejscach publicznych, browary, których zawsze brakowało, bo kto nie lubi wypić browara czy właśnie papierosy.
Papierosy zawsze miały pierwszeństwo. Papier dosyć szybko nauczyliśmy się podkradać ze stołówki bądź wypraszać od dzieciaków, które dobrze wiedziały jak jest. A browary? Można się przecież dobrze bawić bez alkoholu. Choć bez nich na pewno dużo mniej żartów z tego jak ktoś rozleje czy radości z chowania ich w naprędce, gdy któreś dziecko, w ramach bezsenności, postanowiło złożyć wizytę w domku opiekunów. To właśnie tam zawsze kończyliśmy: po bani - rosyjskiej saunie, gdzie panie raczej się nudziły, a panowie swe nagie ciała okładali wienikiem z gałązek młodej brzozy. Również po długich partiach debla, a przy dobrych wiatrach - także wariata. Obowiązkowo krzywa siatka i ktoś grający ręką, wcale nie odpadający jako pierwszy. Kończyliśmy tam również po grillu z kiełbaskami i piwem wespół z obozem liderów, skąd uciekaliśmy przedwcześnie, gdy zaczynali śpiewać piosenki, które lubili, a nikt nie znał albo takie, które wszyscy znali, a nikt nie lubił. Niezależnie co kończyliśmy, zawsze kończyliśmy w karty. Najpierw nie śmiało w głupka, by potem rozegrać się w sto adno. Długa to była gra, czasami robiła się nudna, szczególnie gdy ktoś zbyt częśto kończył na damę, nie daj Boże pik, odejmując tym samym 40 punktów ze swojego konta. Ale zawsze dogrywaliśmy partię.
Gdzie się jednak zwykło kończyć, tam też się czasami zaczyna. Tam właśnie ją poznałem. Sprzedałem przydatne info odnośnie podróży koleją transsyberyjską, którą jako jedyny w anglojęzycznym gronie miałem już za sobą. Była to rada na temat tzw. sanitarnych zon. Żeby dodać sobie wiarygodności, wzbogaciłem radę o anegdotę. Szło to mniej więcej tak.
Bo sanitarna zona to taka instytucja w rosyjskiej kolei, że zamykają kible na jakiś czas przed i po wjeździe do miasta. A ja dopiero co wypiłem piwo z żołnierzem.
I tu śmiech współtowarzyszy zniechęcił mnie do opowiadania finale grande historii. Rzeczowo rzuciłem tylko, że dreptałem tak około dwóch i pół godziny, co szybko zostało podchwycone jako stały motyw żartów, gdy którykolwiek z panów opuszczał karciany stolik, by załatwić swoje potrzeby za domkiem. Bo panie chodziły do odległej toalety, ale nie tak znowu często, bo piwa nie piła. Jedna - alergia, druga nie lubi.
Dużo było żartów wokół tego sikania, a co gorsze - narastały, by w kulminacyjnym momencie zaproponować ugaszenie mnie w sposób pionierski, bo za blisko ogniska siedziałem. To był potężny cios, ze dwie godziny chodziłem po lesie rozważając czy oby na pewno nie powinienem był ich o to poprosić. Ale kiedy wróciłem, wszyscy chcieli się już zbierać i właśnie mi zaproponowano zaszczyt pionierskiego gaszenia ogniska. Dawai, ruska tradycja. I wszystko było już w porządku.
Dużo też było żartów o naszym paleniu i od palenia uzależnieniu. Rosjanom jednak szybko się przejadły, w końcu niepalenie jest tam rzadkością, a i każdy z obecnych prawdopodobnie palący epizod w swoim życiu miał. Co innego ona, z kraju w którym ludziom w głowach się przewraca od dobrobytu, a przynajmniej tak mówią ludzie, co niejeden kraj widzieli. Bo w Austrii na stopa ponoć najtrudniej. Rozpłakać się ponoć można, a każdy wie, że autostopowicze raczej miękcy nie są. Podobnie jak ja. Ale wychowana przez młodych rodziców podobnie jak ja, bo do twardzieli przynajmniej ja nie należę. I na tym podobieństw koniec, może tylko zgoda w kwestii sympatii do suszonych kalmarów przełamała niekończące się niezgody. Śmiała się długo z naszego wychodzenia na fajkę w każdej, choć częściowo, dogodnej chwili. Ale długo nigdy nie trwa wiecznie. Palić, nie zaczęła palić, ale kończąc obiadową dyskusję, bo przy obiadach zawsze byliśmy we trójkę najbardziej wytrwali, zapędziła się z nami, za nami do naszego królestwa i wyjść nie mogła z podziwu ile osób w tych okolicznościach poznaliśmy. Zasadniczo powiedziała, że wyjść nie może z przerażenia, ale przecież na jedno wychodzi. Od tamtej pory nie krępowałem się już prosić o pomoc w tłumaczeniu. 5 lat studiów dawało jej solidną przewagę, ale z niemałą satysfakcją pozostałem jedynym łapiącym wulgarne żarty. Chociaż brzydkie słowa pokojowo dzielić możemy ze wschodnimi braćmi.

podróż2

Start, trochę panikuję, ale nie jestem pewien, czy chcę się modlić. Myślę o N. Ciekawe czy ciągle boi się latać. W myślach apostrofuję do Boga, żeby nie stało się nic głupiego, po czym uświadamiam sobie absurd tej prośby. Takie 50-50 na stronę nie-umierania. Życie jest fajne, ale nie mam pojęcia czemu ktoś włożył tyle wysiłku, żebym mógł sobie podróżować nad tysiącami moskiewskich domków poupychanych ciasno między wodami a lasami.
Czytam Badera, już kilkadziesiąt stron. Zupełnie mu nie wierzę. Mam wrażenie, że porobił zdjęcia i powymyślał historie do nich. Ale czytam, bo wciąga.
Niepokój, imiona bliskich dominują myśli, do każdego przyklejone impresje i wspomnienia. Chyba tylko twarz Z potrafię odtworzyć, bo noszę jej zdjęcie w portfelu. Pusta głowa, po co tu się pcham. Z pazerności poprosiłem stewarda o colę, bo na lotnisku kupiłem 1.25L wody za równowartość dwóch paczek fajek (w tym samym sklepie). Pięknie upewnił się piękny steward czy chcę tego, co mu się wydaje, że chcę, po czym dał mi kubek i PUSZKĘ. Po prawej eter, po lewej zachód, pode mną chmury.
Myślę czy przez życie sercowe spoczęła na laurach czy będziemy mieli jeszcze kiedyś o czym pogadać. Myślę czy ja spocząłem na laurach czy napiszę coś, co jest sens czytać. Rozpycham się wygodnie w fotelu, bo na mnie też się rozepchnięto.
"Ale z was bohaterowie książek" powiedziała Z, nożykiem rżnąc karton. Albo piankę, albo tekturę, nie znam się, troszkę mnie to nie obchodzi co nożykiem rżnie, za to konstrukcja wygląda coraz efektowniej. "No co Ty, czemu?" - Pyta T odwrócony do niej plecami, bo wybiera muzykę z kompa. Zerka zaraz po tej kwestii, bez sensu. Bez sensu, bo jest wesoły, dumny i myśli.
Myślę o nas próbujących coś stworzyć. Smaruję chleb dżemikiem-żelikiem. Myślę, że tylko się zgrywami i że gówno z tego wyjdzie. I że naprawdę opowiadanie nie jest bombowe. Czemu? ja tak bardzo to lubię i lubię pogardę do przysłowiowego ruchania lasek na imprezach. Ale tworzenia nie będzie. Zrobię zaraz fotkę kanapkom, żeby się upokorzyć.
Myślę o nas oglądających filmy z youtube'a. Myślę o karierze prawniczej i górze pieniędzy. Myślę o planowaniu wakacyjnych wyjazdów na pół roku przed. Myślę, że nie mogę przestać myśleć. Batonika zostawiłem na później, batonika nie ma na zdjęciu. Batonik będzie symbol triumfu, wespół z papierosem od F. Myślę, że jeśli przestanę myśleć to nic nie będzie dobrze. A mam ostatnio takie zakusy. Takie zakusy, żeby przestać myśleć i być skurwysynem, takim skurwysynem, że nigdy nie mógłbym pomyśleć, że kiedyś będę. Ale jak zawsze. Dostałem szansę, jak zrobię swoje, wszystko będzie dobrze. Wszystko-wszystko. Cel na horyzoncie. Jestem gotów, trzymaj kciuki.
Myślę w końcu o Z, nie wiem czemu tak późno. Myślę, że ona trzyma poziom i dlatego tak bardzo ją kocham.


podróż1

Muszę się w końcu zabrać za digitalizację i usystematyzowanie tych notatek. To strasznie trudne, wkurwię wszystkich-nielicznych kolejnym wykopaliskiem z tomiku "jestem tym, co jem". Złe strasznego początki.

Wieża z jedzenia // lot

Serek - trochę twardy, udaje pleśniowy
Szynka - chyba wędzona, co ja wiem o mięsku
Masło - żeby była kanapka (po rosyjsku)
Chlebek - pieczywo dla kanapki
Chlebek - największa tajemnica kanapki
Serek - ten miękki, znany z kanapek
Chlebek - lądowisko składników
Bułka - w sąsiedztwie oliwki-piłki

Ale zabawnie pani obok ułożyła
i zasnęła.
A potem przynieśli herbatę
obudzili ją, i zjadła
od pierwszego chlebka w górę

czwartek, 20 czerwca 2013

gore

Gwiazdki, gwiazdeczki
nie płaczcie
Dusze i duszki
czy istniejecie?
w ogóle, a jeśli
tak to czy mieszkacie w ludziach
czy w gwiazdkach
z mlekiem
z czekolady
nie płaczcie
nikt was nie zje
gwiazdki, gwiazdeczki
jestem już dorosły
jem:
jajka, naleśniki, jogurty,
bułkę, masło i dżem
KANAPKI
kanapeczki

uczę się epistemologii

I łzy napływają mi do oczu. Nie ma to związku z moją nauką, istnieje tylko korelacja. A jednak w człowieku nie chodzi o nic więcej niż przyczyna i skutek.


sobota, 15 czerwca 2013

spokopolicja

Urodziny przyjaciela, cuda się zdarzają. Tego dnia każda możliwość obracała się w akt.  Nie było miejsca na jakiekolwiek planowanie.  Zmęczonym, ale trzeźwym okiem widziałem\bawiących się dorosłych i bawiącą się młodzież. Tworzących dorosłych i bawiącą się z tej okazji młodzież. Dorosłych zagadujących młodzież. Młodzież bawiącą się w młodzież. Dorosłych, traktujących zabawę na poważnie. Wróciłem z trasy, będzie ponad sto kilometrów. To nie dużo, ale na zielonym listku robi wrażenie. Przepełniony wszystkim, a w głowie ciągle szum nocy poprzedniej, wątpliwej przyjemności bycia najbardziej pijanym i niewątpliwej widzenia tylu miłych twarzy w jednym miejscu. Ptaki od dobrych dwóch godzin śpiewają, słońce już się przymierza, a ja nerwowo drepczę w windzie. Chce mi się sikać i pisać.

"Ej, chłopaki, widzę podwójnie. Naprawdę!" Kolega pierwszy odwieziony, nie mogłem spuścić z niego wzroku. W pomarańczowej koszulce z wakacji ode mnie, po raz pierwszy od niepamiętnego czasu odchodził uśmiechnięty. Błyszczący w słońcu, w przymałych spodenkach, zniknął w pawilonie pomiędzy żarciem dla papug, a nie za dobrym kebabem.

SPOKO-POLICJA

Kolega drugi zasnął zanim zdążyliśmy ustalić trasę. Nic dziwnego, bezapelacyjnie najgłośniejsza postać dnia, wieczoru i nocy, pomimo prawie miesięcznej ciszy. Chciał, żeby odwieźć go dalej, wygodniej dla mnie. Tak naprawdę to nie do końca wygodniej, ale doceniam gest. No ale nie ma nic lepszego niż odwożenie śpiącego pod dom no i tak postanowiłem zrobić. Ustawiam się w kolejce za autobusem, żeby skręcić tuż za przystankiem. Trzy zerknięcia. Raz - radiowóz. Dwa - włączył światła. Trzy - skręcił za nami. Przy czwartym wcisnąłem już hamulec. Stać chłopaki, jesteście aresztowani za bycie zbyt spoko. Zajęło mi chwilę, zanim onieśmielony zdjąłem z głowy czapeczkę AC/DC.

SPOKO, POLICJA

Kierowniku, wstajemy. Mmmmm, oooo, już? Stary, uciekaj. Już. Dzień dobry, dowód rejestracyjny, prawo jazdy, ubezpieczenie.  Na pewno zostawiłem w domu, nigdy nie przywiązywałem do tego wagi. Lęk trwał tylko chwilę, zresztą nie miałem siły na lęk. Doszukałem się. Patrzy szybko na ubezpieczenie, ja chyba bardziej nie dowierzam niż on. A pan skąd jedzie? Na Bielany, odwożę kolegę z imprezki. Stary, wysiadaj poradzę sobie. Wszystko w porządku? Spoko, policja.

SPOKO??? POLICJA

Widziałem ostatnio taki film.
Pił pan coś? Nie, może pan sprawdzić. Odwoziłem kolegę. 250 zł i pięć punktów karnych. Skuliłem głowę, dużo razy powtórzyłem przepraszam. Ja pierwszy raz w takiej sytuacji. Jadę, solidnie już zmęczony, już od centrum z myślą o łazience. Plac pusty, strzałka mówi, że prosto, gdzieś w oddali przejechał autobus, przejechał też radiowóz. Plac pusty. Skręcam w lewo. Proszę otworzyć bagażnik. To co, na ile wypisujemy? Spojrzał po wnętrzu wozu, szacując ilość i wartość przewożonych przedmiotów. Myślę, że fajansiarska torba uratowała mi dupę. Negocjator wsiada, wysiada skryba. 'Jedzie pan.' Więcej nie powiedział.


niedziela, 2 czerwca 2013

hono

Woda w czajniku szumi, ale jeszcze nie bąbluje, ja zaniepokojony chodzę w kółko, pomimo wygodnych ciuchów, stanie w dosyć modnej kuchni przyprawia mnie o dreszcze. Wspinam się delikatnie na palce, potem na pięty, potem na wyprostowanych rękach zawieszam się ponad zimnym blatem, by bezsilnym w końcu zejść na kolana, wspiąć się z powrotem na wysokość blatu i znowu klęknąć. ‘Honor, honor, honooor’ jęczę sobie, nazywając to, co straciłem.

Boję się wracać z kawusią. Mój dom jest pełen luster. Boję się ponownie zobaczyć, to z czego zdałem sobie sprawę już w okolicach południa. Moje rysy łagodnieją, zwiększa się rozstaw oczu, w których próżno już szukać jakiegokolwiek wyzwania. Włosy, co prawda, układają się, ale zupełnie nieciekawie. PRZTYK, woda gotowa, zalewam kawę, uzyskując roztwór nasycony, jakby miało mi to w czymkolwiek pomóc. Jest ciemno, w sumie. Wracam. Błąd. Hooonor, hooonoor. Przed moimi oczyma niewinna buzia człowieka, którego nie powinno być. Czemu mi się to zdarzyło.

Dopalają papierosy, czerwonego i białego. Nie mogą być zbyt głośni, żeby imprezowicze nie zdali sobie przedwcześnie sprawy z ich przybycia. Tomek się krępuje, wie że to nie jego miejsce, choć, jak zazwyczaj, dosyć butnie przekonany jest, że zrobi na kimś wrażenie. Z jego obskubanej lnianej torby wystaje zieloniutki szczypior cebuli dymki, co, gdyby nie nerwy, wydałoby się Tomkowi wystarczająco pociągającym elementem jego osoby traktowanej jako sumę człowieka i stylówy. Zuzia cierpiąca, ale spokojna. To ona prowadziła, nie będzie dzisiaj piła. Bez większego zastanowienia wyrzucają żarzące się jeszcze kiepy do kosza w altance śmietnikowej, choć woleliby do lasu. Zresztą Tomka ubolewanie nad nowymi regulacjami kwestii śmieciowej znajduje upust na imprezie: po 3 piwach proponuje, żeby wystawić śmieci na klatkę schodową. Po czterech powiedziałby, że na wycieraczkę sąsiada, ale zanim do tego doszło, zaczął pić wódkę.

Gdy już wyszło na jaw, którzy z gości są mięczakami i nieprawdziwymi przyjaciółmi, towarzystwo zebrało się na balkonie. Muzyka cicho, ale nie za głośno. Nie za ciekawa też, ale nie jest już chyba modnym narzekać na muzykę na imprezach.

xxxxxxxxXXXXxxxxx
xxxxxx
xXXXxx
xxxxx
xxzXX

-halo?
-to chyba koniec mojej dobrej formy, lecę w dół
-to niedobrze