I łzy napływają mi do oczu. Nie ma to związku z moją nauką, istnieje tylko korelacja. A jednak w człowieku nie chodzi o nic więcej niż przyczyna i skutek.
Urodziny przyjaciela, cuda się zdarzają. Tego dnia każda możliwość obracała się w akt. Nie było miejsca na jakiekolwiek planowanie. Zmęczonym, ale trzeźwym okiem widziałem\bawiących się dorosłych i bawiącą się młodzież. Tworzących dorosłych i bawiącą się z tej okazji młodzież. Dorosłych zagadujących młodzież. Młodzież bawiącą się w młodzież. Dorosłych, traktujących zabawę na poważnie. Wróciłem z trasy, będzie ponad sto kilometrów. To nie dużo, ale na zielonym listku robi wrażenie. Przepełniony wszystkim, a w głowie ciągle szum nocy poprzedniej, wątpliwej przyjemności bycia najbardziej pijanym i niewątpliwej widzenia tylu miłych twarzy w jednym miejscu. Ptaki od dobrych dwóch godzin śpiewają, słońce już się przymierza, a ja nerwowo drepczę w windzie. Chce mi się sikać i pisać.
"Ej, chłopaki, widzę podwójnie. Naprawdę!" Kolega pierwszy odwieziony, nie mogłem spuścić z niego wzroku. W pomarańczowej koszulce z wakacji ode mnie, po raz pierwszy od niepamiętnego czasu odchodził uśmiechnięty. Błyszczący w słońcu, w przymałych spodenkach, zniknął w pawilonie pomiędzy żarciem dla papug, a nie za dobrym kebabem.
SPOKO-POLICJA
Kolega drugi zasnął zanim zdążyliśmy ustalić trasę. Nic dziwnego, bezapelacyjnie najgłośniejsza postać dnia, wieczoru i nocy, pomimo prawie miesięcznej ciszy. Chciał, żeby odwieźć go dalej, wygodniej dla mnie. Tak naprawdę to nie do końca wygodniej, ale doceniam gest. No ale nie ma nic lepszego niż odwożenie śpiącego pod dom no i tak postanowiłem zrobić. Ustawiam się w kolejce za autobusem, żeby skręcić tuż za przystankiem. Trzy zerknięcia. Raz - radiowóz. Dwa - włączył światła. Trzy - skręcił za nami. Przy czwartym wcisnąłem już hamulec. Stać chłopaki, jesteście aresztowani za bycie zbyt spoko. Zajęło mi chwilę, zanim onieśmielony zdjąłem z głowy czapeczkę AC/DC.
SPOKO, POLICJA
Kierowniku, wstajemy. Mmmmm, oooo, już? Stary, uciekaj. Już. Dzień dobry, dowód rejestracyjny, prawo jazdy, ubezpieczenie. Na pewno zostawiłem w domu, nigdy nie przywiązywałem do tego wagi. Lęk trwał tylko chwilę, zresztą nie miałem siły na lęk. Doszukałem się. Patrzy szybko na ubezpieczenie, ja chyba bardziej nie dowierzam niż on. A pan skąd jedzie? Na Bielany, odwożę kolegę z imprezki. Stary, wysiadaj poradzę sobie. Wszystko w porządku? Spoko, policja.
SPOKO??? POLICJA
Widziałem ostatnio taki film.
Pił pan coś? Nie, może pan sprawdzić. Odwoziłem kolegę. 250 zł i pięć punktów karnych. Skuliłem głowę, dużo razy powtórzyłem przepraszam. Ja pierwszy raz w takiej sytuacji. Jadę, solidnie już zmęczony, już od centrum z myślą o łazience. Plac pusty, strzałka mówi, że prosto, gdzieś w oddali przejechał autobus, przejechał też radiowóz. Plac pusty. Skręcam w lewo. Proszę otworzyć bagażnik. To co, na ile wypisujemy? Spojrzał po wnętrzu wozu, szacując ilość i wartość przewożonych przedmiotów. Myślę, że fajansiarska torba uratowała mi dupę. Negocjator wsiada, wysiada skryba. 'Jedzie pan.' Więcej nie powiedział.
Woda w czajniku szumi, ale jeszcze nie bąbluje, ja
zaniepokojony chodzę w kółko, pomimo wygodnych ciuchów, stanie w dosyć modnej
kuchni przyprawia mnie o dreszcze. Wspinam się delikatnie na palce, potem na
pięty, potem na wyprostowanych rękach zawieszam się ponad zimnym blatem, by
bezsilnym w końcu zejść na kolana, wspiąć się z powrotem na wysokość blatu i
znowu klęknąć. ‘Honor, honor, honooor’ jęczę sobie, nazywając to, co straciłem.
Boję się wracać z kawusią. Mój dom jest pełen luster. Boję
się ponownie zobaczyć, to z czego zdałem sobie sprawę już w okolicach południa.
Moje rysy łagodnieją, zwiększa się rozstaw oczu, w których próżno już szukać
jakiegokolwiek wyzwania. Włosy, co prawda, układają się, ale zupełnie
nieciekawie. PRZTYK, woda gotowa, zalewam kawę, uzyskując roztwór nasycony, jakby
miało mi to w czymkolwiek pomóc. Jest ciemno, w sumie. Wracam. Błąd. Hooonor,
hooonoor. Przed moimi oczyma niewinna buzia człowieka, którego nie powinno być.
Czemu mi się to zdarzyło.
Dopalają papierosy, czerwonego i białego. Nie mogą być zbyt
głośni, żeby imprezowicze nie zdali sobie przedwcześnie sprawy z ich przybycia.
Tomek się krępuje, wie że to nie jego miejsce, choć, jak zazwyczaj, dosyć
butnie przekonany jest, że zrobi na kimś wrażenie. Z jego obskubanej lnianej torby
wystaje zieloniutki szczypior cebuli dymki, co, gdyby nie nerwy, wydałoby się Tomkowi
wystarczająco pociągającym elementem jego osoby traktowanej jako sumę człowieka
i stylówy. Zuzia cierpiąca, ale spokojna. To ona prowadziła, nie będzie dzisiaj
piła. Bez większego zastanowienia wyrzucają żarzące się jeszcze kiepy do kosza
w altance śmietnikowej, choć woleliby do lasu. Zresztą Tomka ubolewanie nad
nowymi regulacjami kwestii śmieciowej znajduje upust na imprezie: po 3 piwach
proponuje, żeby wystawić śmieci na klatkę schodową. Po czterech powiedziałby,
że na wycieraczkę sąsiada, ale zanim do tego doszło, zaczął pić wódkę.
Gdy już wyszło na jaw, którzy z gości są mięczakami i
nieprawdziwymi przyjaciółmi, towarzystwo zebrało się na balkonie. Muzyka cicho,
ale nie za głośno. Nie za ciekawa też, ale nie jest już chyba modnym narzekać na muzykę na
imprezach.
1. Nie powinno się mówić nic złego na rodzinę, ale jak czasami jest się bardzo złym to się przeklina na rodzinę.
2. Czasami jak jest smutno to rodzina robi tak, że przestaje być smutno, ale czasami jest tak niemożliwie smutno, że nie da się pomyśleć człowieka, który mógłby cokolwiek zdziałać w tej sprawie.
Prenumeruję osobę, która nie zrozumie tego opacznie.
Pachnący, ogolony, w koszuli od cioci, do cioci poszedłem. Już od dobrych kilku lat czuję dużo radości z bycia jednym z głównych animatorów tego typu spotkań rodzinnych. W gruncie rzeczy nie jest to ani niewdzięczne, ani specjalnie trudne. Trzeba tylko pamiętać, żeby nie zranić cioci, która podobno kiedyś miała iść do klasztoru. Ostatecznie wyszła jednak za inżyniera. Zdecydowanie najwięcej przeczytał z całej tej szeroko pojętej rodziny. Studiów też najwięcej skończył. I najwięcej lat skończył. Co jakiś czas dostaję ciche przesłanki, że nie jest zbyt lubiany przez mamę i jej siostrę, ale w naszej rodzinie o takich rzeczach głośno się nie mówi, co jest niezłą taktyką współżycia, bowiem od kiedy moja pamięć sięga, nikt nigdy nie odmówił obecności w tego typu dorocznym spotkaniu z powodów innych niż zdrowotne.
Spóźniliśmy się piętnaście minut, ale nie my jedyni. Już w przedpokoju wesoła atmosfera ku uciesze zarówno rodziców, jak i rodziny dalszej. Nie jedna babcia a druga babcia to novum pierwsze tego roku. Nie jajka razem na talerzu, tylko już rozdane - to novum drugie. Ciocia słusznie zauważyła, że to nie opłatek, więc wielkiego podzielenia dokonała za nas. I zapłakała. Chwilę tylko myślałem, że to nerwy związane z Wielkanocą - jedyną do roku okazją zostania babcią. Bo swoich dzieci nie ma i mieć już nie będzie. Ale nie. Ciocia zapłakała za babcią. To dopiero jej przemowa nad grobem w zeszłym maju napędziła łzy do moich oczu. Wcześniej byłem twardy, chyba tylko papierosów z babcią nie paliłem, prawie jakbym kumpla żegnał. W końcu po maturze chodziliśmy na cmentarz. Pierwsza śmierć tej Wielkanocy. Żarciki poszły w odstawkę, lekko poddenerwowany podawałem rozmaite dania z lewej części stołu osobom z prawej i z prawej części stołu osobom z lewej. Ale jak się zastanawiam bardzo ładne było to zmartwychwstanie babci przy stole, ciociu dziękuję. Jeszcze bardziej niż za książkę i największe czekoladowe jajo, jakie kiedykolwiek miałem w rękach (w podstawówce słodycze jadłem tylko we wtorki).
Przerwa na cmentarz, do babci właśnie, dziewczyny zostały pomóc cioci zmienić zastawę. Obiad wolny od wrażeń, za to bardzo smaczny. A po obiedzie kawa, szybkie spróbowanie wszystkich ciast i do końca już tylko wujek. Słabo słyszy i nie ma aparatu, więc więcej mówi niż słucha (mama mówi, że jest trochę egoistą, sam pewnie tego chciał), ale w gruncie rzeczy to dobrze. W przeciwieństwie do mnie, prośba o kawałek baby w trakcie dyskusji, nie wyprowadza go z równowagi. Wujek pomylił Leibniza z Lagrangem i był zachwycony, że to zauważyłem. Polecił mi wywiad z Hellerem, powiedział, że studiuję i nie mam czasu go przeczytać, więc żebym rzucił okiem na 4 linijki, które, jako najciekawsze, podkreślił (czerwonym długopisem!). Był zachwycony książką, którą dostał ode mnie na święta, przeczytał ją ciurkiem i chętnie opowiadał. Ale teraz już nie czyta, bo zajmuje się kotami i działką i wynoszeniem śmieci, bo ciocia niezbyt może. Wujek powiedział, że za rok lub dwa umrze.
Obejrzałem ściganego, pogadałem z kochaną i leżę sobie smutny na łóżku, a za oknem puszek.
Jak ktoś chodzi do kościoła albo na lekcje polskiego w zakresie podstawowej edukacji, to domyśla się, że czwartek był analogiczny do początku książki. Ludzie mają to do siebie, że trzeba im pokazać, co to znaczy dobrze, zanim zaczną przystępować do zjebywania tego. Mi na marginesie trochę wstyd, bo do kościoła zdarza mi się chodzić, a i tak częstokroć wykazuję się dużo słabszą znajomością książki od ludzi szafujących nią na potrzeby całkiem bekowych interpretacji, do W w szczególności teraz piję, bo u niego bardzo to lubiłem, myślę, że ciężko go pobić. Ale problem odkładam na później, bo dziś ruszyłem do Kościoła i skończyłem krążąc wokół niego z Drums and Wires na słuchawkach, prawdopodobnie po raz pierwszy doświadczając tego, tak jak Michał tego doświadcza. No i oglądałem niebo, cieszyłem się jesienno-wiosenną kurtką-swetrem, tym że mi zimno i tym, jaki jestem pomysłowy. Kończymy margines. Nie byłbym sobą, gdybym zniósł nadmiar pozytywów i piwa z dnia poprzedniego, toteż dzień piąty był karnawałem odbijania się od ścian. Łapka do góry w kim szukałem pociechy, ale byłem zbyt nachalny, żeby móc cokolwiek z drugiego człowieka wyciągnąć. Światełkiem dla Tomka okazał się być Tomek, który jako jedyny zrobił dokładnie to czego potrzebowałem. Uśmiechnął się uroczo, życzył miłego dnia, a ja tak bardzo lubię, jak ludzie sobie dobrze życzą. Dobrze, że nie został, bo chciałbym od niego więcej i więcej.
Wieczór to nie dzień i wszystko zmieniło tempo, nagle stałem się jakoś nieprzyzwoicie potrzebny i chciany, taki ze mnie Demiurg. A potem po linie znowu do edenu, jak to jest - nie wiem. Ale nie wytrzymałem. Na odchodnym splunąłem z mojego raju na wszystkich, którzy nie mają do niego dostępu. Zacząłem kurwić na drobnomieszczaństwo, a w ich obronie stanęła ta, na której zawsze testuję moje zdolności w byciu złym człowiekiem. Idzie o boguduchawinnego ochroniarza, który psioczył na jeszcze bardziej boguduchawinną panią gospodarz i dzikie imprezy tam się odbywające, a potem o bardzo smutną podróż autobusem. Z pokonała mnie moją własną bronią i chwała jej za to.