Start, trochę panikuję, ale nie jestem pewien, czy chcę się modlić. Myślę o N. Ciekawe czy ciągle boi się latać. W myślach apostrofuję do Boga, żeby nie stało się nic głupiego, po czym uświadamiam sobie absurd tej prośby. Takie 50-50 na stronę nie-umierania. Życie jest fajne, ale nie mam pojęcia czemu ktoś włożył tyle wysiłku, żebym mógł sobie podróżować nad tysiącami moskiewskich domków poupychanych ciasno między wodami a lasami.
Czytam Badera, już kilkadziesiąt stron. Zupełnie mu nie wierzę. Mam wrażenie, że porobił zdjęcia i powymyślał historie do nich. Ale czytam, bo wciąga.
Niepokój, imiona bliskich dominują myśli, do każdego przyklejone impresje i wspomnienia. Chyba tylko twarz Z potrafię odtworzyć, bo noszę jej zdjęcie w portfelu. Pusta głowa, po co tu się pcham. Z pazerności poprosiłem stewarda o colę, bo na lotnisku kupiłem 1.25L wody za równowartość dwóch paczek fajek (w tym samym sklepie). Pięknie upewnił się piękny steward czy chcę tego, co mu się wydaje, że chcę, po czym dał mi kubek i PUSZKĘ. Po prawej eter, po lewej zachód, pode mną chmury.
Myślę czy przez życie sercowe spoczęła na laurach czy będziemy mieli jeszcze kiedyś o czym pogadać. Myślę czy ja spocząłem na laurach czy napiszę coś, co jest sens czytać. Rozpycham się wygodnie w fotelu, bo na mnie też się rozepchnięto.
"Ale z was bohaterowie książek" powiedziała Z, nożykiem rżnąc karton. Albo piankę, albo tekturę, nie znam się, troszkę mnie to nie obchodzi co nożykiem rżnie, za to konstrukcja wygląda coraz efektowniej. "No co Ty, czemu?" - Pyta T odwrócony do niej plecami, bo wybiera muzykę z kompa. Zerka zaraz po tej kwestii, bez sensu. Bez sensu, bo jest wesoły, dumny i myśli.
Myślę o nas próbujących coś stworzyć. Smaruję chleb dżemikiem-żelikiem. Myślę, że tylko się zgrywami i że gówno z tego wyjdzie. I że naprawdę opowiadanie nie jest bombowe. Czemu? ja tak bardzo to lubię i lubię pogardę do przysłowiowego ruchania lasek na imprezach. Ale tworzenia nie będzie. Zrobię zaraz fotkę kanapkom, żeby się upokorzyć.
Myślę o nas oglądających filmy z youtube'a. Myślę o karierze prawniczej i górze pieniędzy. Myślę o planowaniu wakacyjnych wyjazdów na pół roku przed. Myślę, że nie mogę przestać myśleć. Batonika zostawiłem na później, batonika nie ma na zdjęciu. Batonik będzie symbol triumfu, wespół z papierosem od F. Myślę, że jeśli przestanę myśleć to nic nie będzie dobrze. A mam ostatnio takie zakusy. Takie zakusy, żeby przestać myśleć i być skurwysynem, takim skurwysynem, że nigdy nie mógłbym pomyśleć, że kiedyś będę. Ale jak zawsze. Dostałem szansę, jak zrobię swoje, wszystko będzie dobrze. Wszystko-wszystko. Cel na horyzoncie. Jestem gotów, trzymaj kciuki.
Myślę w końcu o Z, nie wiem czemu tak późno. Myślę, że ona trzyma poziom i dlatego tak bardzo ją kocham.
sobota, 10 sierpnia 2013
podróż1
Muszę się w końcu zabrać za digitalizację i usystematyzowanie tych notatek. To strasznie trudne, wkurwię wszystkich-nielicznych kolejnym wykopaliskiem z tomiku "jestem tym, co jem". Złe strasznego początki.
Wieża z jedzenia // lot
Serek - trochę twardy, udaje pleśniowy
Szynka - chyba wędzona, co ja wiem o mięsku
Masło - żeby była kanapka (po rosyjsku)
Chlebek - pieczywo dla kanapki
Chlebek - największa tajemnica kanapki
Serek - ten miękki, znany z kanapek
Chlebek - lądowisko składników
Bułka - w sąsiedztwie oliwki-piłki
Ale zabawnie pani obok ułożyła
i zasnęła.
A potem przynieśli herbatę
obudzili ją, i zjadła
od pierwszego chlebka w górę
czwartek, 20 czerwca 2013
gore
Gwiazdki, gwiazdeczki
nie płaczcie
Dusze i duszki
czy istniejecie?
w ogóle, a jeśli
tak to czy mieszkacie w ludziach
czy w gwiazdkach
z mlekiem
z czekolady
nie płaczcie
nikt was nie zje
gwiazdki, gwiazdeczki
gwiazdki, gwiazdeczki
jestem już dorosły
jem:
jem:
jajka, naleśniki, jogurty,
bułkę, masło i dżem
KANAPKI
kanapeczki
uczę się epistemologii
I łzy napływają mi do oczu. Nie ma to związku z moją nauką, istnieje tylko korelacja. A jednak w człowieku nie chodzi o nic więcej niż przyczyna i skutek.
sobota, 15 czerwca 2013
spokopolicja
Urodziny przyjaciela, cuda się zdarzają. Tego dnia każda możliwość obracała się w akt. Nie było miejsca na jakiekolwiek planowanie. Zmęczonym, ale trzeźwym okiem widziałem\bawiących się dorosłych i bawiącą się młodzież. Tworzących dorosłych i bawiącą się z tej okazji młodzież. Dorosłych zagadujących młodzież. Młodzież bawiącą się w młodzież. Dorosłych, traktujących zabawę na poważnie. Wróciłem z trasy, będzie ponad sto kilometrów. To nie dużo, ale na zielonym listku robi wrażenie. Przepełniony wszystkim, a w głowie ciągle szum nocy poprzedniej, wątpliwej przyjemności bycia najbardziej pijanym i niewątpliwej widzenia tylu miłych twarzy w jednym miejscu. Ptaki od dobrych dwóch godzin śpiewają, słońce już się przymierza, a ja nerwowo drepczę w windzie. Chce mi się sikać i pisać.
"Ej, chłopaki, widzę podwójnie. Naprawdę!" Kolega pierwszy odwieziony, nie mogłem spuścić z niego wzroku. W pomarańczowej koszulce z wakacji ode mnie, po raz pierwszy od niepamiętnego czasu odchodził uśmiechnięty. Błyszczący w słońcu, w przymałych spodenkach, zniknął w pawilonie pomiędzy żarciem dla papug, a nie za dobrym kebabem.
SPOKO-POLICJA
Kolega drugi zasnął zanim zdążyliśmy ustalić trasę. Nic dziwnego, bezapelacyjnie najgłośniejsza postać dnia, wieczoru i nocy, pomimo prawie miesięcznej ciszy. Chciał, żeby odwieźć go dalej, wygodniej dla mnie. Tak naprawdę to nie do końca wygodniej, ale doceniam gest. No ale nie ma nic lepszego niż odwożenie śpiącego pod dom no i tak postanowiłem zrobić. Ustawiam się w kolejce za autobusem, żeby skręcić tuż za przystankiem. Trzy zerknięcia. Raz - radiowóz. Dwa - włączył światła. Trzy - skręcił za nami. Przy czwartym wcisnąłem już hamulec. Stać chłopaki, jesteście aresztowani za bycie zbyt spoko. Zajęło mi chwilę, zanim onieśmielony zdjąłem z głowy czapeczkę AC/DC.
SPOKO, POLICJA
Kierowniku, wstajemy. Mmmmm, oooo, już? Stary, uciekaj. Już. Dzień dobry, dowód rejestracyjny, prawo jazdy, ubezpieczenie. Na pewno zostawiłem w domu, nigdy nie przywiązywałem do tego wagi. Lęk trwał tylko chwilę, zresztą nie miałem siły na lęk. Doszukałem się. Patrzy szybko na ubezpieczenie, ja chyba bardziej nie dowierzam niż on. A pan skąd jedzie? Na Bielany, odwożę kolegę z imprezki. Stary, wysiadaj poradzę sobie. Wszystko w porządku? Spoko, policja.
SPOKO??? POLICJA
Widziałem ostatnio taki film.
Pił pan coś? Nie, może pan sprawdzić. Odwoziłem kolegę. 250 zł i pięć punktów karnych. Skuliłem głowę, dużo razy powtórzyłem przepraszam. Ja pierwszy raz w takiej sytuacji. Jadę, solidnie już zmęczony, już od centrum z myślą o łazience. Plac pusty, strzałka mówi, że prosto, gdzieś w oddali przejechał autobus, przejechał też radiowóz. Plac pusty. Skręcam w lewo. Proszę otworzyć bagażnik. To co, na ile wypisujemy? Spojrzał po wnętrzu wozu, szacując ilość i wartość przewożonych przedmiotów. Myślę, że fajansiarska torba uratowała mi dupę. Negocjator wsiada, wysiada skryba. 'Jedzie pan.' Więcej nie powiedział.
"Ej, chłopaki, widzę podwójnie. Naprawdę!" Kolega pierwszy odwieziony, nie mogłem spuścić z niego wzroku. W pomarańczowej koszulce z wakacji ode mnie, po raz pierwszy od niepamiętnego czasu odchodził uśmiechnięty. Błyszczący w słońcu, w przymałych spodenkach, zniknął w pawilonie pomiędzy żarciem dla papug, a nie za dobrym kebabem.
SPOKO-POLICJA
Kolega drugi zasnął zanim zdążyliśmy ustalić trasę. Nic dziwnego, bezapelacyjnie najgłośniejsza postać dnia, wieczoru i nocy, pomimo prawie miesięcznej ciszy. Chciał, żeby odwieźć go dalej, wygodniej dla mnie. Tak naprawdę to nie do końca wygodniej, ale doceniam gest. No ale nie ma nic lepszego niż odwożenie śpiącego pod dom no i tak postanowiłem zrobić. Ustawiam się w kolejce za autobusem, żeby skręcić tuż za przystankiem. Trzy zerknięcia. Raz - radiowóz. Dwa - włączył światła. Trzy - skręcił za nami. Przy czwartym wcisnąłem już hamulec. Stać chłopaki, jesteście aresztowani za bycie zbyt spoko. Zajęło mi chwilę, zanim onieśmielony zdjąłem z głowy czapeczkę AC/DC.
SPOKO, POLICJA
Kierowniku, wstajemy. Mmmmm, oooo, już? Stary, uciekaj. Już. Dzień dobry, dowód rejestracyjny, prawo jazdy, ubezpieczenie. Na pewno zostawiłem w domu, nigdy nie przywiązywałem do tego wagi. Lęk trwał tylko chwilę, zresztą nie miałem siły na lęk. Doszukałem się. Patrzy szybko na ubezpieczenie, ja chyba bardziej nie dowierzam niż on. A pan skąd jedzie? Na Bielany, odwożę kolegę z imprezki. Stary, wysiadaj poradzę sobie. Wszystko w porządku? Spoko, policja.
SPOKO??? POLICJA
Widziałem ostatnio taki film.
Pił pan coś? Nie, może pan sprawdzić. Odwoziłem kolegę. 250 zł i pięć punktów karnych. Skuliłem głowę, dużo razy powtórzyłem przepraszam. Ja pierwszy raz w takiej sytuacji. Jadę, solidnie już zmęczony, już od centrum z myślą o łazience. Plac pusty, strzałka mówi, że prosto, gdzieś w oddali przejechał autobus, przejechał też radiowóz. Plac pusty. Skręcam w lewo. Proszę otworzyć bagażnik. To co, na ile wypisujemy? Spojrzał po wnętrzu wozu, szacując ilość i wartość przewożonych przedmiotów. Myślę, że fajansiarska torba uratowała mi dupę. Negocjator wsiada, wysiada skryba. 'Jedzie pan.' Więcej nie powiedział.
niedziela, 2 czerwca 2013
hono
Woda w czajniku szumi, ale jeszcze nie bąbluje, ja
zaniepokojony chodzę w kółko, pomimo wygodnych ciuchów, stanie w dosyć modnej
kuchni przyprawia mnie o dreszcze. Wspinam się delikatnie na palce, potem na
pięty, potem na wyprostowanych rękach zawieszam się ponad zimnym blatem, by
bezsilnym w końcu zejść na kolana, wspiąć się z powrotem na wysokość blatu i
znowu klęknąć. ‘Honor, honor, honooor’ jęczę sobie, nazywając to, co straciłem.
Boję się wracać z kawusią. Mój dom jest pełen luster. Boję
się ponownie zobaczyć, to z czego zdałem sobie sprawę już w okolicach południa.
Moje rysy łagodnieją, zwiększa się rozstaw oczu, w których próżno już szukać
jakiegokolwiek wyzwania. Włosy, co prawda, układają się, ale zupełnie
nieciekawie. PRZTYK, woda gotowa, zalewam kawę, uzyskując roztwór nasycony, jakby
miało mi to w czymkolwiek pomóc. Jest ciemno, w sumie. Wracam. Błąd. Hooonor,
hooonoor. Przed moimi oczyma niewinna buzia człowieka, którego nie powinno być.
Czemu mi się to zdarzyło.
Dopalają papierosy, czerwonego i białego. Nie mogą być zbyt
głośni, żeby imprezowicze nie zdali sobie przedwcześnie sprawy z ich przybycia.
Tomek się krępuje, wie że to nie jego miejsce, choć, jak zazwyczaj, dosyć
butnie przekonany jest, że zrobi na kimś wrażenie. Z jego obskubanej lnianej torby
wystaje zieloniutki szczypior cebuli dymki, co, gdyby nie nerwy, wydałoby się Tomkowi
wystarczająco pociągającym elementem jego osoby traktowanej jako sumę człowieka
i stylówy. Zuzia cierpiąca, ale spokojna. To ona prowadziła, nie będzie dzisiaj
piła. Bez większego zastanowienia wyrzucają żarzące się jeszcze kiepy do kosza
w altance śmietnikowej, choć woleliby do lasu. Zresztą Tomka ubolewanie nad
nowymi regulacjami kwestii śmieciowej znajduje upust na imprezie: po 3 piwach
proponuje, żeby wystawić śmieci na klatkę schodową. Po czterech powiedziałby,
że na wycieraczkę sąsiada, ale zanim do tego doszło, zaczął pić wódkę.
Gdy już wyszło na jaw, którzy z gości są mięczakami i
nieprawdziwymi przyjaciółmi, towarzystwo zebrało się na balkonie. Muzyka cicho,
ale nie za głośno. Nie za ciekawa też, ale nie jest już chyba modnym narzekać na muzykę na
imprezach.
xxxxxxxxXXXXxxxxx
xxxxxx
xXXXxx
xxxxx
xxzXX
-halo?
-to chyba koniec mojej dobrej formy, lecę w dół
-to niedobrze
wtorek, 2 kwietnia 2013
Manifest przeciwko rodzinie
1. Nie powinno się mówić nic złego na rodzinę, ale jak czasami jest się bardzo złym to się przeklina na rodzinę.
2. Czasami jak jest smutno to rodzina robi tak, że przestaje być smutno, ale czasami jest tak niemożliwie smutno, że nie da się pomyśleć człowieka, który mógłby cokolwiek zdziałać w tej sprawie.
Prenumeruję osobę, która nie zrozumie tego opacznie.
2. Czasami jak jest smutno to rodzina robi tak, że przestaje być smutno, ale czasami jest tak niemożliwie smutno, że nie da się pomyśleć człowieka, który mógłby cokolwiek zdziałać w tej sprawie.
Prenumeruję osobę, która nie zrozumie tego opacznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)