środa, 23 stycznia 2013
Mowa okolicznościowa
Nie byłby patos patosem, gdybym nie miał do niego słabości. Kończę 20 lat i czuję, że to dobra linia demarkacyjna. Ostatni rok stanowił niezłe podsumowanie w kontekście całego życia. Świat wreszcie stracił potrzebę bycia zagadkowym i nieustannie objawiał przede mną swój ogrom. Wyszło na jaw, że kultura jest tylko marginalną jego składową. To ważne, bo złudnie gloryfikuje człowieka. Nowe, nieodkryte źródła nicości. Pomysłów za mało, by tworzyć rzeczy wielkie. Moje płucka za małe na takie ilości papierosów. Mój zapał za mały na sportową sylwetkę. Moja głowa za mała na wielkie uniwersytety. Moja wiara zbyt mała, by nie zgubić się wśród cząstek elementarnych. Moja małość za mała, by być prawdziwie pokornym. W końcu moje słowa za małe, by być wypowiedzianymi. Ale to właśnie ludzie, którzy ich nie wysłuchają nieustannie pozwalali żyć mi w przekonaniu, że jestem duży, że znaczę. Dobrze mieć takich ludzi. Ktoś się za oknem wysikał na drzewo. A mój patos to drzewo, podobnie jak człowiek to drzewo, tyle tylko, że odwrócone. Dziękuję mu za to. Słucham sobie tej płyty i czas zatacza koło. Bezpieczeństwo. Bezsenność.
niedziela, 23 grudnia 2012
nie ma świąt
Za 2 minuty ostatnia msza, a do mnie dopiero dotarło co się stało: nikt nie pójdzie na kiermasz kupić dywan. Nie będzie mszy, nie będzie świąt - one są dla wierzących. To dosyć smutna wizja, funkcja stałych punktów w roku, na które chce się czekać, zbliża się niebezpiecznie do zera. Dojrzewanie? Nie? A może dojrzewanie?
Idąc na parking wyciągnąłem zawartość skrzynki pocztowej babci. Kilka godzin później wysypałem papiery na stół, mając ciągle w głowie poczucie zadowolenia z siebie - kierowcy. Na pierwszy rzut oka - nic ciekawego, same ulotki. Po kilku łykach herbaty zacząłem przeglądać broszurki pizzerii w liczbie trzech, ciekaw ile ostatnimi czasy przepłaciłem za małą margherittę. Uświadomiwszy sobie, że to nie ja jestem frajerem, tylko pizza podrożała niebatelnie, zacząłem sięgać po mniej atrakcyjne ulotki. Bank ze Skierniewic, konto dla młodzieży, Kiermasz dywanów. Kiermasz dywanów z gwiazdą betlejemską. Czemu to nie jest świąteczny kiermasz dywanów? Bardzo nieatrakcyjna ulotka, same litery, czarno na białym, tylko ta niefortunna gwiazda w rogu. ZAPRASZAMY NA KIERMASZ WE CZWARTEK 20 GRUDNIA, GDZIEŚTAM, W GODZINACH 11:00-13:00, MOŻLIWOŚĆ NEGOCJACJI CEN. To chyba znaczy, że nieuczciwie windują ceny, skoro można je negocjować, kto w ogóle przyjdzie w takich godzinach? Pewnie emeryci. O rany, to ktoś powinien przeczytać to wcześniej, żeby w ogóle móc rozważyć pojawienie się tam. Już nikt nigdy nie pójdzie na ten kiermasz. Padł mi telefon. Wypatroszyłem wczoraj karpia. Zabiłem siebie. Już nigdy nie będę sobą.
Idąc na parking wyciągnąłem zawartość skrzynki pocztowej babci. Kilka godzin później wysypałem papiery na stół, mając ciągle w głowie poczucie zadowolenia z siebie - kierowcy. Na pierwszy rzut oka - nic ciekawego, same ulotki. Po kilku łykach herbaty zacząłem przeglądać broszurki pizzerii w liczbie trzech, ciekaw ile ostatnimi czasy przepłaciłem za małą margherittę. Uświadomiwszy sobie, że to nie ja jestem frajerem, tylko pizza podrożała niebatelnie, zacząłem sięgać po mniej atrakcyjne ulotki. Bank ze Skierniewic, konto dla młodzieży, Kiermasz dywanów. Kiermasz dywanów z gwiazdą betlejemską. Czemu to nie jest świąteczny kiermasz dywanów? Bardzo nieatrakcyjna ulotka, same litery, czarno na białym, tylko ta niefortunna gwiazda w rogu. ZAPRASZAMY NA KIERMASZ WE CZWARTEK 20 GRUDNIA, GDZIEŚTAM, W GODZINACH 11:00-13:00, MOŻLIWOŚĆ NEGOCJACJI CEN. To chyba znaczy, że nieuczciwie windują ceny, skoro można je negocjować, kto w ogóle przyjdzie w takich godzinach? Pewnie emeryci. O rany, to ktoś powinien przeczytać to wcześniej, żeby w ogóle móc rozważyć pojawienie się tam. Już nikt nigdy nie pójdzie na ten kiermasz. Padł mi telefon. Wypatroszyłem wczoraj karpia. Zabiłem siebie. Już nigdy nie będę sobą.
niedziela, 25 listopada 2012
Wielkość (EGZEGI MONUMENTUM)
Czasami sobie myślę, że mogę być duży. W bardzo dobre dni posuwam się nawet dalej: "jestem stworzony do wielkości!". Wtedy zaczynają się projekty, publikacje, koncepcje w możności, plany odpowiednich gabarytów. Szlag to wszystko bierze, kiedy siadam na parapecie i kurczowo trzymam się framugi, byle nie odlecieć w kosmos. Nie chcę nic zgubić po drodze, a z drugiej strony jeśli już coś robić w obrębie kruchego istnienia to nic poniżej rzeczy wielkich. Ale rzeczy wielkie wymagają mozolnej podbudowy. A że kolos na glinianych nogach tak samo zły jak tyran na trupach, to wszyscy z gimnazjum chyba wiedzą, a jak nie to z seriali. Czy da się w ogóle osiągnąć wielkość bez choćby chwilowego uciekania się do czynności, które w naszym mniemaniu nie są samostanowiące się?
Zyglew był jednym z wielu marnych niedzielnych twórców swojego czasu. Mówimy o nim prawdopodobnie z dwóch powodów. Pierwszym niewątpliwie jest brak innej, wyraźnie lepszej alternatywy reprezentantów tego pokolenia. Drugim jest powtarzalność, ujmująca, co prawda, walorów estetycznych jego twórczości, jednakowoż nie pozostawiająca dwuznaczności nawet dla niewprawnych interpretatorów.
Cechą charakteryzującą jego pisanie jest posługiwanie się specyficzną perspektywą: niezdolny do jakiejkolwiek analizy przyczynowo-skutkowej, w zdecydowanej większości posługuje się czasem teraźniejszym, opisując świat z odgórnie wybranego momentu czasowego. Pozbawienie zdolności doświadczania ciągnie za sobą drugą konsekwencję: powtarzalność tematyczną. Czytelnik, na tyle wytrwały, by przebrnąć przez powracający bełkot, odnosi wrażenie, jakoby narrator nie podlegał żadnej ewolucji mentalnej, sporadycznie doznając olśnień rozszerzających jego samoświadomość o minimalne skrawki, wyłącznie w obrębie punktu widzenia, jakby wrodzonego Tomaszowi.
Zyglew był jednym z wielu marnych niedzielnych twórców swojego czasu. Mówimy o nim prawdopodobnie z dwóch powodów. Pierwszym niewątpliwie jest brak innej, wyraźnie lepszej alternatywy reprezentantów tego pokolenia. Drugim jest powtarzalność, ujmująca, co prawda, walorów estetycznych jego twórczości, jednakowoż nie pozostawiająca dwuznaczności nawet dla niewprawnych interpretatorów.
Cechą charakteryzującą jego pisanie jest posługiwanie się specyficzną perspektywą: niezdolny do jakiejkolwiek analizy przyczynowo-skutkowej, w zdecydowanej większości posługuje się czasem teraźniejszym, opisując świat z odgórnie wybranego momentu czasowego. Pozbawienie zdolności doświadczania ciągnie za sobą drugą konsekwencję: powtarzalność tematyczną. Czytelnik, na tyle wytrwały, by przebrnąć przez powracający bełkot, odnosi wrażenie, jakoby narrator nie podlegał żadnej ewolucji mentalnej, sporadycznie doznając olśnień rozszerzających jego samoświadomość o minimalne skrawki, wyłącznie w obrębie punktu widzenia, jakby wrodzonego Tomaszowi.
wtorek, 20 listopada 2012
Na papierze
Na kartce cały jestem czerwony, tylko oczy jakieś inne.
(Nie widzę jakie, bo jest ciemno)
Na łóżku nie istnieję, moje ciało przezroczyste
przezroczyste, bo winne
tylko oczy czerwone
czerwone, bo bez udziału.
Pytanie: Czy tylko tym razem?
Odpowiedź: Nie, oczy zawsze są niewinne!
Nie piszę, bo wysypałem już worek pomysłów na stół. Teraz można jedynie zmieniać konfiguracje. Nie ma we mnie aktu twórczego, jest tylko przetwórczy. Smutno mi i nie podlewam kaktusa, azalie podlewam, bo je trzeba podlewać. Rośliny są wyjątkowe, ponieważ zadomowiły się na parapecie, a tylko tam dzieje się metafizyka. Wystarczy krok w jedną stronę, by logika i emocje rozjechały się i nigdy już nie spotkały, a krok w drugą stronę, by spierdolić się na dół.
(Nie widzę jakie, bo jest ciemno)
Na łóżku nie istnieję, moje ciało przezroczyste
przezroczyste, bo winne
tylko oczy czerwone
czerwone, bo bez udziału.
Pytanie: Czy tylko tym razem?
Odpowiedź: Nie, oczy zawsze są niewinne!
Nie piszę, bo wysypałem już worek pomysłów na stół. Teraz można jedynie zmieniać konfiguracje. Nie ma we mnie aktu twórczego, jest tylko przetwórczy. Smutno mi i nie podlewam kaktusa, azalie podlewam, bo je trzeba podlewać. Rośliny są wyjątkowe, ponieważ zadomowiły się na parapecie, a tylko tam dzieje się metafizyka. Wystarczy krok w jedną stronę, by logika i emocje rozjechały się i nigdy już nie spotkały, a krok w drugą stronę, by spierdolić się na dół.
sobota, 10 listopada 2012
Dwa słowa
Dwa słowa zrywają sejm, to znaczy, że dwa to już dużo. Dla mnie szczególnie, dopiero dzisiaj przyznałem się do tego przed sobą i powiedziałem to głośno. Przez pochopne dwa słowa nie byłem wolny od wszelkiej obrzydliwości. One mi ciężarem, one nieporozumieniem. One młotem przeciw wszystkiemu co dobre i ważne, co stare i niezmienne. Nie były to moje słowa. Proszę uważać na słowa.
Ale teraz tylko lepiej. Jestem oczyszczony i nagi. Wsiadamy do samochodu i mijam znak. Mijamy drugi znak. Mijamy ostatni znak, by sami stać się znakami. Role się zmieniły, ja patrzę na drogę, ona na księżyc. Ona niedzisiejszy żółty romb, ja toporny czerwony wielokąt.
Ale teraz tylko lepiej. Jestem oczyszczony i nagi. Wsiadamy do samochodu i mijam znak. Mijamy drugi znak. Mijamy ostatni znak, by sami stać się znakami. Role się zmieniły, ja patrzę na drogę, ona na księżyc. Ona niedzisiejszy żółty romb, ja toporny czerwony wielokąt.
piątek, 2 listopada 2012
feat. Z.J.
Zmieniamy wspólną formułę. Pokój został posprzątany, praktyczne życie jest jednak dla niego, a przynajmniej w tym momencie. Szczegółowo pozdrawia wszystkich, idzie pod prysznic.
Z każdym kolejnym wpisem będę pokazywać, że bałaganem można się nacieszać w naszych kompletnych i niepotrzebnych dziełach literackich, realna przestrzeń dookoła nie docenia tego zaszczytu.
Gibie się, stękając zachwycone biurko; zimne i gładkie. Osad z kubka chętnie przekleiłabym sobie na czoło i wszystkie ozdoby wcisnęła na lewą rękę, pasowałabym, pasuję w pokoju. Nie żałuję dzisiaj zupełnie, że puszczam swoją muzykę zamiast wspólnej lub jego. Zdjęcie klasy licealnej podparte tym czymś do przytrzymywania wielokrotności strun naraz, podparte na samym środku najniższej półki, najbliżej głowy. Idziemy dalej w górę: miseczki na różne dziedziny i gatunki, strefa gier i filmów, obszar słownikowy najwyżej (tu mocne niedopatrzenie, powinny być najłatwiej dostępne!). Podłoga idzie w błysk, okna jak zwykle nie widać zza widok(a)u.
Gdyby ktoś miał tyle zapału do liczenia, najwięcej jest:
1) ulotek, mówi, że robi to dla rozdających, żeby szybciej poszli do domu, o co cho
2) kurzu (już nie)
3) piłek do gier (tylko 4, ale wymieniłam specjalnie, bo według mnie zupełnie wystarczyłaby jedna. Możliwe, że kocha sporty zespołowe i potrzebuje nieustannie zachwycać się swoimi kolegami z drużyny)
4) zapalniczek (warto nadmienić, bo pewnie jest dumny)
5) notatek z lekcji
6) błysku
7) kabelków do łączenia.
Co słowo gibię sobie biureczkiem, wdycham pronto.
Z każdym kolejnym wpisem będę pokazywać, że bałaganem można się nacieszać w naszych kompletnych i niepotrzebnych dziełach literackich, realna przestrzeń dookoła nie docenia tego zaszczytu.
Gibie się, stękając zachwycone biurko; zimne i gładkie. Osad z kubka chętnie przekleiłabym sobie na czoło i wszystkie ozdoby wcisnęła na lewą rękę, pasowałabym, pasuję w pokoju. Nie żałuję dzisiaj zupełnie, że puszczam swoją muzykę zamiast wspólnej lub jego. Zdjęcie klasy licealnej podparte tym czymś do przytrzymywania wielokrotności strun naraz, podparte na samym środku najniższej półki, najbliżej głowy. Idziemy dalej w górę: miseczki na różne dziedziny i gatunki, strefa gier i filmów, obszar słownikowy najwyżej (tu mocne niedopatrzenie, powinny być najłatwiej dostępne!). Podłoga idzie w błysk, okna jak zwykle nie widać zza widok(a)u.
Gdyby ktoś miał tyle zapału do liczenia, najwięcej jest:
1) ulotek, mówi, że robi to dla rozdających, żeby szybciej poszli do domu, o co cho
2) kurzu (już nie)
3) piłek do gier (tylko 4, ale wymieniłam specjalnie, bo według mnie zupełnie wystarczyłaby jedna. Możliwe, że kocha sporty zespołowe i potrzebuje nieustannie zachwycać się swoimi kolegami z drużyny)
4) zapalniczek (warto nadmienić, bo pewnie jest dumny)
5) notatek z lekcji
6) błysku
7) kabelków do łączenia.
Co słowo gibię sobie biureczkiem, wdycham pronto.
wtorek, 30 października 2012
mróz
Dałem się zczłowieczyć na tych studiach, dużo robię, nawet
źle mi nie idzie, ale chyba nie do końca leży to w mojej naturze. Jakieś liczne
mrzonki potencjalnego sukcesu intelektualnego przyćmiły mi dużą część mojej
osoby. Ale od prawdy się nie da uciec. Chłodna trzeźwość przychodzi wraz z
otwarciem okna. Śnieg redukuje wszystkie kształty i cechy szczególne,
uświadamiając, że jeśli o coś chodzi to na pewno nie o szczegóły. Siedzę na
oknie i słucham przeszywających hałasów autorstwa Bena Frosta. One są trochę
jak wilk, trochę jak maszyna, w ogóle nie jak człowiek. A nikt inny nie piał
tak o Froście jak W, moja chodząca metafizyka. Nie wiem co się z nim dzieje,
ale wyobrażam sobie, że najbardziej ze wszystkich realizuje ideał wolności.
Kiedy był, korzystał ze mnie w pełni, teraz wychodzi na jaw, kto kogo bardziej
potrzebuje. Mam tylko szczerą nadzieję, że to nie efekt zmęczenia człowiekiem.
Nie tylko człowiekiem-mną, ale człowiekiem w ogóle. A z Ciebie W, to bardziej
chyba wilk niż maszyna, wbrew temu, co większość mogłaby chcieć o Tobie
powiedzieć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)