Na pewno, nie tak bardzo jak w tytule, ale zawsze. Na chwilę obecną spowodowane jest to niesamowitymi perspektywami poznawczymi, jakie ostatnimi czasy na nowo dostrzegłem w muzyce. Za tydzień przyjdzie do mnie dosyć pokaźna paczka z płytami z UK, obecnie zadowalam się Einstuerzende Neubaten, które w specyficzny sposób zwiększa moją radość z odrabiania niemieckiego, odwrotnie proporcjonalnie do efektywności. Spośród pozycji zawartych w nadmienionej przesyłce, najbardziej ekscytuję się "E2-E4" Manuela Goettschinga. Legenda głosi, iż to właśnie on stworzył techno. Poza tym wpisuje się to w narastające we mnie germanofilskie nastroje.
Dosyć niespodziewanie ta radość spadła na mnie. Od kiedy pojawiły się u mnie wątpliwości związane z wiarą, bardzo ciężko określić mi dokładnie mój nastrój. Z jednej strony nic nie trapiło mojej duszy, z drugiej czułem swoistą pustkę. Pytanie tylko, czy jest ona skutkiem nie wykonywania czynności, do której przywykłem, czy może faktycznie jestem skazany na kult absolutu. Ciągle szukam, ale myślę, że w najbliższy piątek się zbiorę i przejdę do Kościoła.
Dystansu podczas rozmyślania o tej kwestii dostarcza mi "Siddhartha" Hermana Hessego. Wydaje mi się, że zdarzyło mi się ją już kiedyś polecać gdzieś w odmętach moich uwewnętrznień, ale powtórzyć nie zaszkodzi, jako że książka stanowi niesamowitą przypowieść o tym, jaką drogę każdy z nas musi przejść. Powieść niedługa, akcja dosyć leniwa, mimo to zachęcam. Mam wrażenie, że w jasny sposób potrafię określić, jak tytuł ten wpłynął na moje życie, co więcej pomógł mi.
Hej Marta, nie liczę, że to czytasz, ale jakoś o Tobie pomyślałem i stwierdziłem, że zasługujesz na pozdrówki.
wtorek, 29 marca 2011
poniedziałek, 21 marca 2011
38 i pół
Zdążyłem już zapomnieć, co to znaczy porządnie chorować. Jednak mój organizm w zeszły weekend wyprowadził mnie ze stanu niewiedzy. Koniec minionego tygodnia przespałem w gorączce. Nic to wielkiego, przeziębienie zwykłe, a jednak uświadomiło mi sporo rzeczy. Po pierwsze, istnieją stany, w których zanikają wszelakie priorytety. Szczerze doceniłem ludzi, którzy w ciężkiej chorobie potrafią znaleźć siłę, aby myśleć o czymkolwiek innym niż, jak złagodzić cierpienie. Dotarło do mnie, jak ważną jest zdolność organizmu do przystosowywania się. Gdyby nie ona, działania takie byłyby w zasadzie niemożliwe. Sądzę tak, ponieważ przez dwa wspomniane dni, nie mogłem zawiesić myśli na niczym wykraczającym poza fizyczne doznania, co gorsza oscylujące wokół bardziej lub mniej intensywnego cierpienia. Poza tym, nie będę już nigdy wyśmiewał się z życzeń zdrowia przy okazji każdych urodzin. Jakkolwiek banalne, prawdziwe jak nigdy. Znowu myślałem, że jestem ponad wypracowaną przez pokolenia pospolitość w najgorszym znaczeniu, jednak po raz kolejny zakpiła ona sobie ze mnie, dowodząc swojej racji.
Słucham muzy tak smutnej, jak nigdy, a do dołu mi daleko. Wraz z upływającym życiem, nieustające dochodzą mnie kolejne przesłanki o względności wszystkiego. Nawet tak niezachwiana podstawa mojego istnienia, jak refleksyjność zdaje się być ulotną. Przez ostatnie dni z przyzwyczajenia z sympatią przyglądałem się wszystkim objawom werteryzmu wokoło, jednak nie byłem zdolny w żaden sposób się z nimi utożsamiać.
Laboratorium fizyki i szeroko pojęta szkoła pewnie jeszcze przez pewien czas utrzymają moją stabilność emocjonalną, ale już tesknię. Mam nadzieję, że nie zatonę w nowym ja. A w zasadzie nie wiem do końca jak wyglądają moje nadzieje, biorąc pod uwagę, że obraz mojej osoby, jaki kształtował się na ramach tego bloga, przytakiwał starożytnej maksymie "wszystko płynie". Ale czy mieć świadomość przeznaczenia to godzić się z nim?
Słucham muzy tak smutnej, jak nigdy, a do dołu mi daleko. Wraz z upływającym życiem, nieustające dochodzą mnie kolejne przesłanki o względności wszystkiego. Nawet tak niezachwiana podstawa mojego istnienia, jak refleksyjność zdaje się być ulotną. Przez ostatnie dni z przyzwyczajenia z sympatią przyglądałem się wszystkim objawom werteryzmu wokoło, jednak nie byłem zdolny w żaden sposób się z nimi utożsamiać.
Laboratorium fizyki i szeroko pojęta szkoła pewnie jeszcze przez pewien czas utrzymają moją stabilność emocjonalną, ale już tesknię. Mam nadzieję, że nie zatonę w nowym ja. A w zasadzie nie wiem do końca jak wyglądają moje nadzieje, biorąc pod uwagę, że obraz mojej osoby, jaki kształtował się na ramach tego bloga, przytakiwał starożytnej maksymie "wszystko płynie". Ale czy mieć świadomość przeznaczenia to godzić się z nim?
czwartek, 17 marca 2011
pokornie raczej
Po raz kolejny moje ciało gnije. Z jednej strony czuję fizyczną odrazę do tego stanu, z drugiej umysł, na szczęście, się nie burzy. Przezwyciężanie siebie jest niezwykle trudnym zadaniem. Choć tak naprawdę, najbardziej bolesnym jest obserwowanie własnej niemożności. Jednak trzeba pamiętać, że stuprocentowa efektywność jest nieosiągalna. Aby działać prawdziwie skutecznie, należy wiedzieć, co trzeba na straty spisać. Ja niestety dosyć naiwnie wierzę w tę teorię, bo na jej mocy atrybuuję moje nieróbstwo. Ale myślę, że może się okazać przydatna, nawet pomimo podłych jej degeneracji
I znowuż zamachnąłem się w kierunku dużych wniosków, ale po raz kolejny okoliczności mi to uniemożliwiły.
I znowuż zamachnąłem się w kierunku dużych wniosków, ale po raz kolejny okoliczności mi to uniemożliwiły.
wtorek, 15 marca 2011
tabletka na przekór
Hej, jestem wyspą. Taką nudną, bo dla co bardziej oczytanych - nie pierwszą. Ludzką wyspą, najczęściej do tego samotną. Brzmi to strasznie. Ale to jest niemożliwa prawda. Coraz częściej wierzę w poczucie zbiorowego sensu, a może nawet zbiorowe poczucie sensu. Jest to o tyle ciekawe, iż nie dalej, jak chwilę temu wyraziłem niezbyt lotnie poczucie mojej autonomii.
I znowu jestem, ale mnie nie ma. Będę wdzięczny, jeśli ktoś skompromituje mnie, wyjaśniając skąd to (nie)świadome zapożyczenie.
Wracając do życiowych dramatów i strasznych historii, to może niedługo się zaczną. Rozpostarłem przed sobą perspektywę całkowitej odbudowy mojej osoby. Od szkoły zaczynając. Trochę przeraża mnie to, na ile łatwo przychodzi mi świadomość pogodzenia się z wizją osłabienia licznych relacji na rzecz tak ulotnych rzeczy. Z jednej strony w myśl pewnych idei, które w najgorszym wypadku szanowałem, jest to najlepsza droga do największego spośród celów. Z drugiej znowuż... no zobaczymy, co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że nikt nie ucierpi, ale niestety śmiem w to również silnie wątpić.
I znowu jestem, ale mnie nie ma. Będę wdzięczny, jeśli ktoś skompromituje mnie, wyjaśniając skąd to (nie)świadome zapożyczenie.
Wracając do życiowych dramatów i strasznych historii, to może niedługo się zaczną. Rozpostarłem przed sobą perspektywę całkowitej odbudowy mojej osoby. Od szkoły zaczynając. Trochę przeraża mnie to, na ile łatwo przychodzi mi świadomość pogodzenia się z wizją osłabienia licznych relacji na rzecz tak ulotnych rzeczy. Z jednej strony w myśl pewnych idei, które w najgorszym wypadku szanowałem, jest to najlepsza droga do największego spośród celów. Z drugiej znowuż... no zobaczymy, co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że nikt nie ucierpi, ale niestety śmiem w to również silnie wątpić.
niedziela, 6 marca 2011
życie jest godzeniem się ze śmiercią
Do zupełnie zabawnej skrajności doprowadzam się swoim brakiem efektywności w pracy.
Przyjdzie mi zarwać noc. Najpewniej w towarzystwie jakiejś zupełnie przyjemnej muzyki.
Dygresja mała poleciała na początek, a końca nie widać. To chyba znaczy, że jest nieźle. W takim ulotnym ujęciu. Całkiem fajne refleksje odnośnie bezsensowności mojego istnienia mnie naszły w przeciągu ostatnich dni, ale chyba będą musiały poczekać na gorsze czasy. Paskudnym musi być mój stan, biorąc pod uwagę, że nawet to co piszę, wydaje mi się niezgorszym. Może nie poprzednie zdanie, gdyż fajność i jej potrzeba stała by się istotą jego istnienia, co (chyba) wykluczałoby spójność prezentowanych przeze mnie od 24 stycznia 93 roku poglądów.
Przyjdzie mi zarwać noc. Najpewniej w towarzystwie jakiejś zupełnie przyjemnej muzyki.
Dygresja mała poleciała na początek, a końca nie widać. To chyba znaczy, że jest nieźle. W takim ulotnym ujęciu. Całkiem fajne refleksje odnośnie bezsensowności mojego istnienia mnie naszły w przeciągu ostatnich dni, ale chyba będą musiały poczekać na gorsze czasy. Paskudnym musi być mój stan, biorąc pod uwagę, że nawet to co piszę, wydaje mi się niezgorszym. Może nie poprzednie zdanie, gdyż fajność i jej potrzeba stała by się istotą jego istnienia, co (chyba) wykluczałoby spójność prezentowanych przeze mnie od 24 stycznia 93 roku poglądów.
poniedziałek, 21 lutego 2011
znowu się krzątam
po pustym mieszkaniu. Na razie wszystkie moje wysiłki skupiają się na tym, aby dobrze się poczuć. Momentami nawet doprowadzam się do pożądanego dobrego samopoczucia. Na razie najlepsze co osiągnąłem to zażycie ulubionej tabacznej mieszanki i słuchanie muzyki z zamkniętymi oczyma. Ale czy emocjonalne wahania mogą być celem samym w sobie? Cykliczność jest naturalnym porządkiem świata, ale nie umiem dostrzec w niej celu. Lektura Siddharty Hessego tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Dygresyjny charakter moich myśli nie pozwala mi nawet na stworzenie spójnego przekazu. Co gorsza takiego, nie mogę uznać go za sensowny i wnoszący cokolwiek dla innych.
Myślę, że lektura książki "Kandyd, czyli optymizm" byłaby dla mnie bardzo pożyteczna ze względu na wnioski, jakie wysnuwa. Niestety, miałem okazję wysłuchać prezentacji streszczającą przekaz w niej zawarty, co skutecznie zniechęca mnie do czytania wspomnianego dzieła Woltera. W każdym razie jestem na etapie wiary w to, iż praca może okazać się niebywale pomocna w zaakceptowaniu pesymistycznej wizji świata, jaką egzystencja serwuje ludziom refleksyjnym.
Obejrzę zaraz jakiś ładny film. Mówiąc ładny, wcale nie myślę ładny. W zasadzie nie powinienem był czegokolwiek myśleć, bo zdecydowanie nie mam zamiaru oglądać filmu, który już widziałem. Tak naprawdę chciałem obejrzeć Dług Krauzego.
Się uspokoiłem.
Myślę, że lektura książki "Kandyd, czyli optymizm" byłaby dla mnie bardzo pożyteczna ze względu na wnioski, jakie wysnuwa. Niestety, miałem okazję wysłuchać prezentacji streszczającą przekaz w niej zawarty, co skutecznie zniechęca mnie do czytania wspomnianego dzieła Woltera. W każdym razie jestem na etapie wiary w to, iż praca może okazać się niebywale pomocna w zaakceptowaniu pesymistycznej wizji świata, jaką egzystencja serwuje ludziom refleksyjnym.
Obejrzę zaraz jakiś ładny film. Mówiąc ładny, wcale nie myślę ładny. W zasadzie nie powinienem był czegokolwiek myśleć, bo zdecydowanie nie mam zamiaru oglądać filmu, który już widziałem. Tak naprawdę chciałem obejrzeć Dług Krauzego.
Się uspokoiłem.
niedziela, 20 lutego 2011
Doskonale poczułem się dopiero słuchając Slinta
i podlewając kaktusa.
Chyba jednak nie jestem zbytnio społeczną istotę. I nie chodzi nawet o problem socjalizacji. Butnie stwierdzić muszę, że dawno go nie doświadczyłem. Sprawa zasadza się w zupełnie innym miejscu. Dopiero obecność innych, nawet miłych mi ludzi, powoduje nasilenie się ciężaru egzystencjalnego i zanikanie poczucia sensu. Esencjonalnego przeżycia z tego gatunku doświadczyłem na zeszłorocznym koncercie the Flaming Lips na off festivalu.
Koncert stanowiący niejako ziszczenie utopijnej dotychczas wizji powszechnego dwugodzinnego szczęścia, okazał się jedną z większych mentalnych tortur, jakich dostąpiłem. Na wyrost trochę to stwierdzam, aczkolwiek sądzę, iż nie z woli przypadku właśnie tę sytuację zapamiętałem. Najpewniej rozchodzi się o moją wybitnie zaskakującą, wręcz prowokacyjną interpretację tego powszechnie wychwalanego wydarzenia.
Nie mam pojęcia, jak zespół tego dokonał, ale fontanna balonów, konfetti, trochę tancerzy, jakieśtam wizualizacje i muzyka na poziomie przeciętny+ wywołała niesamowitą euforię u tłumu, rozumianego jako każdą jednostkę z osobna. To właśnie podczas tej fiesty kolektywnie egoistycznej radości, najlepiej dało się poczuć autonomię jednostki. najlepiej.
Ciężko, ciężko się istnieje, także ciężko, ciężko piszę. Porządki w głowie robię.
Zamknąwszy dygresję, lepsze bądź gorsze wnioski odnośnie mojej osobowości wyciągnę. Niebywale trudno jest mi podzielać nastrój grupy, w której się znajduje. To ludzka radość jest tym, co uświadamia mi jej ulotność. Negatywne natomiast emocje u innych zwykły budzić u mnie nieuzasadnioną radość, poczucie absurdalności ludzkich udręk i mąk. Mam szczerą nadzieje, że nie wynika to z wrodzonego złorzeczenia względem kogokolwiek. Chyba właśnie z wymienionych powodów trochę panicznie lgnę do wszystkich, którym nieobca jest prawdziwa trwoga. To w niej można się jednoczyć, a ta ekstatyczna radość, dopadająca mnie od czasu do czasu, jest niczym innym, jak jej pochodną. Czymś w rodzaju przeeksploatowania. G'woli jasności, jestem doskonale świadom, że czerpię tutaj, plagiatuję, a najprawdopodobniej degeneruję tutaj założenia znanych filozofów z szeroko pojętego nurtu egzystencjalnego. Mam nadzieję, że w moim lgnięciu, intymności nie stanę się nikomu ciężarem. Wyrażam ją, gdyż odniosłem smutne wrażenie, iżbym odsuwał się od klasyka: "boję się obcych ludzi". PAMIĘTAMY.
do jakiego stopnia zdecydowanie i zaparcie w realizacji potrzeb jest usprawiedliwione? czy bezwzględnie należy unikać ścieżki egoizmu?
którędy droga?
Chyba jednak nie jestem zbytnio społeczną istotę. I nie chodzi nawet o problem socjalizacji. Butnie stwierdzić muszę, że dawno go nie doświadczyłem. Sprawa zasadza się w zupełnie innym miejscu. Dopiero obecność innych, nawet miłych mi ludzi, powoduje nasilenie się ciężaru egzystencjalnego i zanikanie poczucia sensu. Esencjonalnego przeżycia z tego gatunku doświadczyłem na zeszłorocznym koncercie the Flaming Lips na off festivalu.
Koncert stanowiący niejako ziszczenie utopijnej dotychczas wizji powszechnego dwugodzinnego szczęścia, okazał się jedną z większych mentalnych tortur, jakich dostąpiłem. Na wyrost trochę to stwierdzam, aczkolwiek sądzę, iż nie z woli przypadku właśnie tę sytuację zapamiętałem. Najpewniej rozchodzi się o moją wybitnie zaskakującą, wręcz prowokacyjną interpretację tego powszechnie wychwalanego wydarzenia.
Nie mam pojęcia, jak zespół tego dokonał, ale fontanna balonów, konfetti, trochę tancerzy, jakieśtam wizualizacje i muzyka na poziomie przeciętny+ wywołała niesamowitą euforię u tłumu, rozumianego jako każdą jednostkę z osobna. To właśnie podczas tej fiesty kolektywnie egoistycznej radości, najlepiej dało się poczuć autonomię jednostki. najlepiej.
Ciężko, ciężko się istnieje, także ciężko, ciężko piszę. Porządki w głowie robię.
Zamknąwszy dygresję, lepsze bądź gorsze wnioski odnośnie mojej osobowości wyciągnę. Niebywale trudno jest mi podzielać nastrój grupy, w której się znajduje. To ludzka radość jest tym, co uświadamia mi jej ulotność. Negatywne natomiast emocje u innych zwykły budzić u mnie nieuzasadnioną radość, poczucie absurdalności ludzkich udręk i mąk. Mam szczerą nadzieje, że nie wynika to z wrodzonego złorzeczenia względem kogokolwiek. Chyba właśnie z wymienionych powodów trochę panicznie lgnę do wszystkich, którym nieobca jest prawdziwa trwoga. To w niej można się jednoczyć, a ta ekstatyczna radość, dopadająca mnie od czasu do czasu, jest niczym innym, jak jej pochodną. Czymś w rodzaju przeeksploatowania. G'woli jasności, jestem doskonale świadom, że czerpię tutaj, plagiatuję, a najprawdopodobniej degeneruję tutaj założenia znanych filozofów z szeroko pojętego nurtu egzystencjalnego. Mam nadzieję, że w moim lgnięciu, intymności nie stanę się nikomu ciężarem. Wyrażam ją, gdyż odniosłem smutne wrażenie, iżbym odsuwał się od klasyka: "boję się obcych ludzi". PAMIĘTAMY.
do jakiego stopnia zdecydowanie i zaparcie w realizacji potrzeb jest usprawiedliwione? czy bezwzględnie należy unikać ścieżki egoizmu?
którędy droga?
Subskrybuj:
Posty (Atom)