Do zupełnie zabawnej skrajności doprowadzam się swoim brakiem efektywności w pracy.
Przyjdzie mi zarwać noc. Najpewniej w towarzystwie jakiejś zupełnie przyjemnej muzyki.
Dygresja mała poleciała na początek, a końca nie widać. To chyba znaczy, że jest nieźle. W takim ulotnym ujęciu. Całkiem fajne refleksje odnośnie bezsensowności mojego istnienia mnie naszły w przeciągu ostatnich dni, ale chyba będą musiały poczekać na gorsze czasy. Paskudnym musi być mój stan, biorąc pod uwagę, że nawet to co piszę, wydaje mi się niezgorszym. Może nie poprzednie zdanie, gdyż fajność i jej potrzeba stała by się istotą jego istnienia, co (chyba) wykluczałoby spójność prezentowanych przeze mnie od 24 stycznia 93 roku poglądów.
niedziela, 6 marca 2011
poniedziałek, 21 lutego 2011
znowu się krzątam
po pustym mieszkaniu. Na razie wszystkie moje wysiłki skupiają się na tym, aby dobrze się poczuć. Momentami nawet doprowadzam się do pożądanego dobrego samopoczucia. Na razie najlepsze co osiągnąłem to zażycie ulubionej tabacznej mieszanki i słuchanie muzyki z zamkniętymi oczyma. Ale czy emocjonalne wahania mogą być celem samym w sobie? Cykliczność jest naturalnym porządkiem świata, ale nie umiem dostrzec w niej celu. Lektura Siddharty Hessego tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Dygresyjny charakter moich myśli nie pozwala mi nawet na stworzenie spójnego przekazu. Co gorsza takiego, nie mogę uznać go za sensowny i wnoszący cokolwiek dla innych.
Myślę, że lektura książki "Kandyd, czyli optymizm" byłaby dla mnie bardzo pożyteczna ze względu na wnioski, jakie wysnuwa. Niestety, miałem okazję wysłuchać prezentacji streszczającą przekaz w niej zawarty, co skutecznie zniechęca mnie do czytania wspomnianego dzieła Woltera. W każdym razie jestem na etapie wiary w to, iż praca może okazać się niebywale pomocna w zaakceptowaniu pesymistycznej wizji świata, jaką egzystencja serwuje ludziom refleksyjnym.
Obejrzę zaraz jakiś ładny film. Mówiąc ładny, wcale nie myślę ładny. W zasadzie nie powinienem był czegokolwiek myśleć, bo zdecydowanie nie mam zamiaru oglądać filmu, który już widziałem. Tak naprawdę chciałem obejrzeć Dług Krauzego.
Się uspokoiłem.
Myślę, że lektura książki "Kandyd, czyli optymizm" byłaby dla mnie bardzo pożyteczna ze względu na wnioski, jakie wysnuwa. Niestety, miałem okazję wysłuchać prezentacji streszczającą przekaz w niej zawarty, co skutecznie zniechęca mnie do czytania wspomnianego dzieła Woltera. W każdym razie jestem na etapie wiary w to, iż praca może okazać się niebywale pomocna w zaakceptowaniu pesymistycznej wizji świata, jaką egzystencja serwuje ludziom refleksyjnym.
Obejrzę zaraz jakiś ładny film. Mówiąc ładny, wcale nie myślę ładny. W zasadzie nie powinienem był czegokolwiek myśleć, bo zdecydowanie nie mam zamiaru oglądać filmu, który już widziałem. Tak naprawdę chciałem obejrzeć Dług Krauzego.
Się uspokoiłem.
niedziela, 20 lutego 2011
Doskonale poczułem się dopiero słuchając Slinta
i podlewając kaktusa.
Chyba jednak nie jestem zbytnio społeczną istotę. I nie chodzi nawet o problem socjalizacji. Butnie stwierdzić muszę, że dawno go nie doświadczyłem. Sprawa zasadza się w zupełnie innym miejscu. Dopiero obecność innych, nawet miłych mi ludzi, powoduje nasilenie się ciężaru egzystencjalnego i zanikanie poczucia sensu. Esencjonalnego przeżycia z tego gatunku doświadczyłem na zeszłorocznym koncercie the Flaming Lips na off festivalu.
Koncert stanowiący niejako ziszczenie utopijnej dotychczas wizji powszechnego dwugodzinnego szczęścia, okazał się jedną z większych mentalnych tortur, jakich dostąpiłem. Na wyrost trochę to stwierdzam, aczkolwiek sądzę, iż nie z woli przypadku właśnie tę sytuację zapamiętałem. Najpewniej rozchodzi się o moją wybitnie zaskakującą, wręcz prowokacyjną interpretację tego powszechnie wychwalanego wydarzenia.
Nie mam pojęcia, jak zespół tego dokonał, ale fontanna balonów, konfetti, trochę tancerzy, jakieśtam wizualizacje i muzyka na poziomie przeciętny+ wywołała niesamowitą euforię u tłumu, rozumianego jako każdą jednostkę z osobna. To właśnie podczas tej fiesty kolektywnie egoistycznej radości, najlepiej dało się poczuć autonomię jednostki. najlepiej.
Ciężko, ciężko się istnieje, także ciężko, ciężko piszę. Porządki w głowie robię.
Zamknąwszy dygresję, lepsze bądź gorsze wnioski odnośnie mojej osobowości wyciągnę. Niebywale trudno jest mi podzielać nastrój grupy, w której się znajduje. To ludzka radość jest tym, co uświadamia mi jej ulotność. Negatywne natomiast emocje u innych zwykły budzić u mnie nieuzasadnioną radość, poczucie absurdalności ludzkich udręk i mąk. Mam szczerą nadzieje, że nie wynika to z wrodzonego złorzeczenia względem kogokolwiek. Chyba właśnie z wymienionych powodów trochę panicznie lgnę do wszystkich, którym nieobca jest prawdziwa trwoga. To w niej można się jednoczyć, a ta ekstatyczna radość, dopadająca mnie od czasu do czasu, jest niczym innym, jak jej pochodną. Czymś w rodzaju przeeksploatowania. G'woli jasności, jestem doskonale świadom, że czerpię tutaj, plagiatuję, a najprawdopodobniej degeneruję tutaj założenia znanych filozofów z szeroko pojętego nurtu egzystencjalnego. Mam nadzieję, że w moim lgnięciu, intymności nie stanę się nikomu ciężarem. Wyrażam ją, gdyż odniosłem smutne wrażenie, iżbym odsuwał się od klasyka: "boję się obcych ludzi". PAMIĘTAMY.
do jakiego stopnia zdecydowanie i zaparcie w realizacji potrzeb jest usprawiedliwione? czy bezwzględnie należy unikać ścieżki egoizmu?
którędy droga?
Chyba jednak nie jestem zbytnio społeczną istotę. I nie chodzi nawet o problem socjalizacji. Butnie stwierdzić muszę, że dawno go nie doświadczyłem. Sprawa zasadza się w zupełnie innym miejscu. Dopiero obecność innych, nawet miłych mi ludzi, powoduje nasilenie się ciężaru egzystencjalnego i zanikanie poczucia sensu. Esencjonalnego przeżycia z tego gatunku doświadczyłem na zeszłorocznym koncercie the Flaming Lips na off festivalu.
Koncert stanowiący niejako ziszczenie utopijnej dotychczas wizji powszechnego dwugodzinnego szczęścia, okazał się jedną z większych mentalnych tortur, jakich dostąpiłem. Na wyrost trochę to stwierdzam, aczkolwiek sądzę, iż nie z woli przypadku właśnie tę sytuację zapamiętałem. Najpewniej rozchodzi się o moją wybitnie zaskakującą, wręcz prowokacyjną interpretację tego powszechnie wychwalanego wydarzenia.
Nie mam pojęcia, jak zespół tego dokonał, ale fontanna balonów, konfetti, trochę tancerzy, jakieśtam wizualizacje i muzyka na poziomie przeciętny+ wywołała niesamowitą euforię u tłumu, rozumianego jako każdą jednostkę z osobna. To właśnie podczas tej fiesty kolektywnie egoistycznej radości, najlepiej dało się poczuć autonomię jednostki. najlepiej.
Ciężko, ciężko się istnieje, także ciężko, ciężko piszę. Porządki w głowie robię.
Zamknąwszy dygresję, lepsze bądź gorsze wnioski odnośnie mojej osobowości wyciągnę. Niebywale trudno jest mi podzielać nastrój grupy, w której się znajduje. To ludzka radość jest tym, co uświadamia mi jej ulotność. Negatywne natomiast emocje u innych zwykły budzić u mnie nieuzasadnioną radość, poczucie absurdalności ludzkich udręk i mąk. Mam szczerą nadzieje, że nie wynika to z wrodzonego złorzeczenia względem kogokolwiek. Chyba właśnie z wymienionych powodów trochę panicznie lgnę do wszystkich, którym nieobca jest prawdziwa trwoga. To w niej można się jednoczyć, a ta ekstatyczna radość, dopadająca mnie od czasu do czasu, jest niczym innym, jak jej pochodną. Czymś w rodzaju przeeksploatowania. G'woli jasności, jestem doskonale świadom, że czerpię tutaj, plagiatuję, a najprawdopodobniej degeneruję tutaj założenia znanych filozofów z szeroko pojętego nurtu egzystencjalnego. Mam nadzieję, że w moim lgnięciu, intymności nie stanę się nikomu ciężarem. Wyrażam ją, gdyż odniosłem smutne wrażenie, iżbym odsuwał się od klasyka: "boję się obcych ludzi". PAMIĘTAMY.
do jakiego stopnia zdecydowanie i zaparcie w realizacji potrzeb jest usprawiedliwione? czy bezwzględnie należy unikać ścieżki egoizmu?
którędy droga?
sobota, 29 stycznia 2011
proszę, tylko nie koniec
Wymusić zmiany, a potem strzelić sobie w głowę
pozornie oczywiście
za bardzo siebie kocham
Odnalazłem siebie w środku piosenki. Nie zdarza to mi się zbyt często. Teraz też nie, kłamałem. Pokusa dodania sobie dramaturgii okazała się zbyt wielka. Mimo to, czuję się podniośle. Czuję się ciężko.
A jednocześnie sporo we mnie zadowolenia z siebie. Ze swojego istnienia i przekleństwa, jakie stanowi ono samo w sobie.
Kilka kroków. Czekam na ideę, do której mógłbym się święcie przekonać i ślepo przywiązać. Następnie na bohatera, który zaspokoi wymagania sytuacji. Finalnie na historię, w którą jeszcze chcemy uwierzyć.
czwartek, 20 stycznia 2011
w kawałkach
Pusto. Zadziwiającym jest istnieć. Być więźniem swoich osobistych demonów. Szukam sensu. Nie pierwszy. W okropną siermiężność popadłem z tymi lakonicznymi sentencjami, ale natchnienia ku czemuś bardziej wartościowemu próżno szukać. Nawet uśmiechnąłem się pod nosem. Jest lepiej.
Bezsensownym wydały mi się wszelakie dążenia, 4 dni przed magiczną granicą lat 18tu przemijalność dotyka, jak mało kiedy. Wartości same w sobie wydają się być jedynym ratunkiem, podłe carpe diem, w pojedynkę niemożliwe. Coraz bardziej uderza mnie, jak ciężko jest uciec w kogoś, skryć się w jego osobie. Muszę przyznać, że Bóg jest zawsze bardzo pomocny, ale najpierw muszę pokonać sam siebie. Pierdoły piszę, ciągłości nie czuję, jakby ktoś zgniłe myśli moje poszatkował.
Straszne rzeczy teraz napiszę, ale przeraziła mnie ilość niechęci międzyludzkiej w internecie. Dystansu i naturalności zabrakło.
Nie mogę zdeterminować celu.
Bezsensownym wydały mi się wszelakie dążenia, 4 dni przed magiczną granicą lat 18tu przemijalność dotyka, jak mało kiedy. Wartości same w sobie wydają się być jedynym ratunkiem, podłe carpe diem, w pojedynkę niemożliwe. Coraz bardziej uderza mnie, jak ciężko jest uciec w kogoś, skryć się w jego osobie. Muszę przyznać, że Bóg jest zawsze bardzo pomocny, ale najpierw muszę pokonać sam siebie. Pierdoły piszę, ciągłości nie czuję, jakby ktoś zgniłe myśli moje poszatkował.
Straszne rzeczy teraz napiszę, ale przeraziła mnie ilość niechęci międzyludzkiej w internecie. Dystansu i naturalności zabrakło.
Nie mogę zdeterminować celu.
poniedziałek, 17 stycznia 2011
tydzień
Czy to bliskość okrągłej rocznicy, jaką są osiemnaste urodziny skłoniła mnie do złamania wielu istotnych dla mnie zasad czy też do zauważenia, jak bardzo różnię się od obrazu mojej osoby, w jaki chciałbym wierzyć?
Byłbym sobie bardzo wdzięczny, gdybym wreszcie, kierowany niczym innym, a zgorzknieniem, przestał krzywdzić ludzi i odnosić się do nich z brakiem szacunku. Jest jedna zaleta tejże nieperfekcyjnej sytuacji - utwierdziło mnie w zgodzie z myślami Mounier'a:
To w drugim człowieku leży prawidło naszej egzystencji, istnieć możemy tylko przez niego i dla niego.
Mam nadzieja, że ta parafraza nie będzie uzurpacją. Osoby czujące się do tego kompetentne, proszę o zgłaszanie obiekcji. Jeżeli mylnie zinterpretowałem myśli wyżej wspomnianego Mounier'a, proszę traktować ową sentencję, jako moją własną:S
Zastanawiam się czy możliwym jest dzielić swoją uwagę między kilka osób i być przy tym szczęśliwym.
Zaobserowałem u siebie znaczny spadek refleksyjności. To źle. WPis mnie nie zadowala, jednakowoż jest mi potrzebny. Czy kontynuacja wąsatego cyklu rozładuje napięcie czy też stworzy ze mnie tego, kim najbardziej nie chciałem być, dopełniając tym samym poniekąd mojego przeznaczenia?
Byłbym sobie bardzo wdzięczny, gdybym wreszcie, kierowany niczym innym, a zgorzknieniem, przestał krzywdzić ludzi i odnosić się do nich z brakiem szacunku. Jest jedna zaleta tejże nieperfekcyjnej sytuacji - utwierdziło mnie w zgodzie z myślami Mounier'a:
To w drugim człowieku leży prawidło naszej egzystencji, istnieć możemy tylko przez niego i dla niego.
Mam nadzieja, że ta parafraza nie będzie uzurpacją. Osoby czujące się do tego kompetentne, proszę o zgłaszanie obiekcji. Jeżeli mylnie zinterpretowałem myśli wyżej wspomnianego Mounier'a, proszę traktować ową sentencję, jako moją własną:S
Zastanawiam się czy możliwym jest dzielić swoją uwagę między kilka osób i być przy tym szczęśliwym.
Zaobserowałem u siebie znaczny spadek refleksyjności. To źle. WPis mnie nie zadowala, jednakowoż jest mi potrzebny. Czy kontynuacja wąsatego cyklu rozładuje napięcie czy też stworzy ze mnie tego, kim najbardziej nie chciałem być, dopełniając tym samym poniekąd mojego przeznaczenia?
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Tryumfalny? Powrót
Gorąco polecam płytę neutral milk hotel "in the aeroplane over the sea". Wczoraj dosyć efektywnie się nią zgnoiłem, kończąc tym samym passę euforycznych kilku dni. Poza oczywistymi konsekwencjami doła, nie mogę powiedzieć, żebym specjalnie za tamtym okresem tęsknił. Dziś nieźle pomaga mi w odbudowie po rzeczonym upadku. Ciagle nie jest dobrze, ale perspektywy przynajmniej istnieją.
Możliwe, że wzbogacę ofertę bloga o kilka peanów na cześć ważnych dla mnie płyt. "In the Aeroplane over the sea" pójdzie na pierwszy ogień. Wszystkich chętnych zapraszam do dyskusji na jej temat, bo dla mnie jest niesamowitym doświadczeniem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)