czwartek, 20 października 2011

terry riley

Moja dusza krzyczy. A kucharze w Holandii nie mają lekkiego losu. Krzyczy nie dlatego, że pragnie rozwiązania, a dlatego, że wszystkie rozwiązania do tej pory okazały się być nazbyt tymczasowymi. Patos jest podły, im bardziej podniośle się czuję, tym gorzej piszę. Chciałem tylko powiedzieć, że Terry Riley jest super i właśnie doświadczam niesamowitego przerażenia światem pod wpływem jego utworów. Nie przekuwa się to na piękne myśli i słowa, ale polecam posłuchać.

misja?

Spodziewane rozczarowanie przyszło. Znowu skończyłem nie kończąc tego co zacząłem, a właściwie nie zaczynając tego, co powinienem był skończyć. Brak motywacji boli mnie od dawna, ale dopiero ostatnimi czasy zorientowałem się, jak pomimo tego przekleństwa, mogłem zachować doskonałe samopoczucie.

Ludzie, ludzie, ludzi tłum. Tłum sam w sobie wartość traci, by pod koniec wypowiedzi ponownie ją odzyskać. Jest on po to, by móc się z niego wybić. A ja niesamowicie lubię spotykać takich co się wybijają. I właśnie zastanowiłem się ostatnio, czy trochę za dużo takowych nie spotkałem. A konkretniej, czy trochę za wielu osób za takie nie uważam. I w nadmiernie optymistycznej ocenie problem by nie leżał, gdyby nie to, że na siłę ciągam ich po panteonach. Wystarczy mi ten drobny impuls, subtelny sygnał, bym zaczął kreować kult osoby. Zupełnie zapominam wtedy o przyziemnej stronie takich person, postrzegając je od tego czasu tylko i wyłącznie przez pryzmat tej jednej cechy, która urosła w nich do wyśmienicie niecodziennych rozmiarów. 

A co mi to daje? -Poczucie misji. Jutro dla przykładu stanę się częścią większego spędu. Spędu takiego, należy dodać, że jestem szczerze dumny, iż obcuję z tymi ludźmi. Lubię czasami myśleć, że ponad osobistymi ambicjami leży coś naprawdę dużego, osiągalnego tylko w większej grupie. Ale to raczej tylko wymówka po kolejnym gnuśnym dniu. Niemniej jednak ciekaw jestem co dzień jutrzejszy przyniesie, bowiem swoją obecność zapowiedział nasz własny Wernyhora. A "Wesele" jest super!


środa, 14 września 2011

Weltschmerz;S

Zacząłbym od tego, że to dziwne, ale mój nastrój podlega chyba jakimś niebywale racjonalnym prawidłom i, o dziwo, całkiem nieźle daje sobą manipulować. Dzisiaj dla przykładu pomyślałem, że jestem zbyt zadowolony. Wyciągnąłem książkę z plecaka, nielichą, zresztą. Poczytałem na przystanku. W autobusie też poczytałem. A kiedy z niego wysiadłem, słońce zaczęło zbyt boleśnie przypominać mi o przymiotach mojego istnienia. Pół godziny wśród książek nie zmieniło nazbyt tego stanu. Pomyślałem o jedzeniu i spaniu. Trochę kopnęło mnie to, że nie jestem pierwszy, który tak próbuje uciec od problemu. Ale w sumie tylko trochę. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Powróciłem do tradycji gnicia. Próbowano mnie przywołać do porządku, niezbyt zdecydowanie, ale jednak wystarczająco. Potem zacząłem atakować ludzi swoją potrzebą bliskości. Problem polega na tym, że zawsze, gdy jest ona we mnie zbyt silna, rozmawiam z nimi, tak jak z moim drugim ja, do którego śmieję się w duchu. I chyba nikt za bardzo go nie lubi, a przynajmniej nie chciałby nim być, bo dyskusje takie szybko się kończą. A przecież to prawie ja. I kto tu czego winny?

Nie wytrzymuję już tego dnia. Idę się powiesić na podręczniku od matmy i położyć spać jak najpóźniej.



Posłowie:

Epikurejczycy nie bali się śmierci. Ja nie boję się smutku. Kiedy go nie ma, jest spoko. Kiedy jest, można przelać go w lepszą lub gorszą twórczość, przez co też jest spoko. A najfajniejsze jest to, jak bardzo nie znoszę życia, a jednocześnie całkiem je uwielbiam.


poniedziałek, 12 września 2011

Nocą

Ze mnie chyba jest zbyt duży marzyciel. Ale całkiem nieźle, a wręcz bardzo dobrze, czuję się ze sobą. I mam szczerą nadzieję, że nie ja jeden.

Kurcze, to chyba bardzo naiwne, ale im dłużej żyję tym większe poczucie sensu odczuwam. Życie jest w sam raz. Taki epikurejski okres chyba mnie tknął. Ale nadal wierzę, że cośtam po śmierci jest. Chcę mieć wszystko. Na razie los mi tego nie utrudnia.

środa, 31 sierpnia 2011

Rozsadza mnie

A przynajmniej tak było dopóki nie włączyłem komputera. Nie wytrzymywałem natłoku wrażeń. Absolut mnie przerasta. Blizna na czole, sweter kumpla i ręce jeszcze ciepłe Jej dłońmi. Tylko świadomość czasu stanęła między mną, a kontemplacją ostateczną tego zdarzenia.

Podziwiam pisarzy. To niesamowite, móc poświęcić swoją intymność. Miałem to rozwinąć. Ale jest późno.
Wracam do tradycji podsumowań, tym razem podchodzi to jednak pod myśl przewodnią: tylko pisanie intymne ma jakiś sens. Chyba, że nie ma się kogoś, z kim ową intymność wytworzyć można. Z drugiej strony, nie jest mi łatwo wyobrazić sobie, że zajebistość twórców wielkich mogła się zrodzić bez doświadczenia przez nich intymności. Problem.

wtorek, 16 sierpnia 2011

piana w ustach

O, a skoro już mi się na pisanie zebrało, to przyznam rzecz, którą dopiero teraz sobie uświadomiłem. A krążyłem po łazience z nudów, ponieważ nigdy nie wiem co ze sobą zrobić, jak myję zęby. Krążąc natrafiłem na lustro i wreszcie to do mnie dotarło.

Chciałem przeprosić wszystkich, którym zdarza się czytać moje wypociny za to, że nie jestem tak szpanerski, jak adres tego bloga.




Trochę tu nie pisałem, ale nieustanny kontakt mentalny z tym blogiem czuję. Niską ilość postów należy tłumaczyć tym, że jestem w trakcie tworzenia bardziej usystematyzowanych form, które na pewno tutaj zagoszczą. Tak w ramach przerywnika wtrącę rozważania nad tym na ile się zmieniam.

Smutny ze mnie chłopak, ale o dziwo sporo rzeczy mi się udaje. Chyba nawet zwrot 'uchodzi na sucho' lepiej oddaje sytuację. Tak naprawdę to mam jeden tylko problem. W sensie, że ja mam ze sobą, inni ze mną na pewno mają więcej.

Nie wiem skąd potrzeba dygresji, ale wracając do zmian, zacznę od tego co zmianom nie podlega. Ciągle czuję imperatyw pisania. Chyba nawet został mi subtelnie uświadomiony przez pewną bardzo poważaną przeze mnie osobę.

coś niezbyt mi ta improwizacja idzie, także ustąpię pola innym pierdołom w internecie.